Archive for Czerwiec 2010

Czy leki zawsze daja radę?

Czerwiec 23, 2010

Rozważania pod wpływem wpisów na forum i, już wieloletniego, obserwowania współchorowaczy. Generalnie, na swoje potrzeby, mogę przyjąć wersję, że regularne branie leków = remisja. Nawrotka była związana z pogniewaniem się na leczenie. Ale wciąż trafiam na wpisy osób, które mimo leków, wpadają w kolejne epizody. I teraz pytanie: czy dlatego, że ich regularność jest tylko na potrzeby wirtualne, a tak naprawdę to biorą jak chcą i kiedy chcą? czy poprostu po jakimś czasie nawet najlepiej ustawione dropsy przestają czynić to co powinny z mózgiem człowieka posiadającego, jako dziedzictwo, CHAD z jego wszelkimi szykanami? Mam wrażenie, że częściej przez zamroczone psychotropami neuroprzekaźniki przebija się depresja, a nie mania, ale to raczej żadne pocieszenie. Chodzi przede wszystkim o to, że cokolwiek się przebija. Czyli tak naprawdę nie ma 100% ochrony. I nadal pozostaje wyłącznie wnikliwa obserwacja siebie, oraz obserwacja prowadzona przez osoby życzliwe i bliskie.

Sama wiem, że każdy nawrót coś mi odbiera, coś ważnego, nie tylko w życiu, ale też we mnie. W psychice. Odnoszę wrażenie, że sympatyczna i inteligentna osoba, którą jak sądzę byłam kiedyś, umiera po kawałku z każdym epizodem. I zostaje coraz głupsze i przyciężkie myślowo indywiduum. I dlatego chciałabym uniknąć jakiegokolwiek kolejnego epizodu. Da się? Ciągle żywię nadzieję, że się da. Choroba przyniosła mi błedne schematy poznawcze, nieprawidłowe mechanizmy obronne. Ale które są prawidłowe i prawdziwe? Kto to ocenia? Odpowiedź jest prosta: większość.  Rzesze psychiatrów i psychologów latami wypracowywały definicje. A ja chcę tylko być normalna. Bez odnoszenia się do definicji. Ot tak, zwyczajnie być taka jak większość.

Remisjo trwaj!

Reklamy

wiosna z chorobami… i z chorobami… i znowu…

Czerwiec 14, 2010

Zaczęło się w kwietniu moją chorobą. W maju Tata zapadł na zapalenie oskrzeli/lekkie zapalenie płuc. Co to oznacza w jego wieku nikomu nie trzeba mówić. 7 dni supermocnego antybiotyku. Na szczęście trafiony i po tych 7 dniach można było zacząć starać się o wzmocnienie organizmu i pełny powrót do zdrowia. Od razu poprawił mu się nastrój, zwiększył apetyt i ogólnie zaczęło być lepiej. Ledwo się pozbierałam nastąpiło kolejne bum. P. zapadł na jakiegoś złośliwego wirusa żołądkowego. Masakra. Wysoka temperatura i kibelek zaliczany po każdym napiciu się czegokolwiek. Na zadziałanie leków trzeba poczekać. Na szczęście zaczyna się normować. Uff… Tak się martwiłam. Człowiek chyba bardziej się martwi chorobami ukochanych, bliskich osób, niż swoimi własnymi. Swoje są uciążliwe i niesympatyczne, ale boli tylko choroba tych na których nam zależy. Na szczęście choroby mijają. Zostawiają tylko wspomnienie niepokoju. Ta też musi minąć. A potem P. będzie nabierał sił!

Co ciekawe to zjawisko nie jest ograniczone tylko do mojej rodzinki. U Siostry podobny pomór. Łącznie z psem. U przyjaciółki też. Jakieś świństwa fruwają w powietrzu i atakują bez opamiętania. A wydawało się, że po tej śnieżnej i mroźnej zimie będzie mniej wirusów, bakterii i większych stworzeń. Ale mokra i chłodna wiosna chyba sprzyja rozwojowi tych, których zasadniczo nie potrzebujemy.

Także zdominowani przez fizyczność musimy zapomnieć o pochechłanej psychiczności. Może to jakaś zaleta?