Archive for Maj 2010

Dzień Matki

Maj 26, 2010

Dziś jakoś boleśnie odczuwam, że nie mogę do Niej zadzwonić, podjechać z kwiatami. Nie będzie uśmiechu, nie będzie żartów. Już nigdy nie będzie. Sama jestem matką, dostanę życzenia. A ja nie mam komu ich złożyć. Nie ma już Mamy.

Nawet na cmentarz dziś nie pojadę, bo kiedy wychodzę z pracy jest szczyt korków. Pojadę może w weekend.

Smutno mi 😦

Reklamy

Ludzie

Maj 25, 2010

Nie zawsze są tacy, jak myślimy że są. Czasem mamy wyobrażenie o kimś, czasem projektujemy na taką osobę nasze emocje i wydaje nam się to prawdą. Czasem dostajemy kopa i łapiemy się za łeb skąd nam się to wzięło. A może to też tylko wyobrażenie?

Lektura łatwa, lekka i przyjemna…

Maj 18, 2010

Takie mam ostatnio zapotrzebowanie. I dostałam od przyjaciółki tzw. literaturę kobiecą (swoją drogą, co za kretyńska nazwa – jeśli nie ma trupów, ostrej akcji i jest miękko, ciepło i przyjemnie, to literatura kobieca, wrrrr…).

Książka, którą porzyczyłam miała intrygującą fabułę. Kobieta dowiaduje się, że jej ukochany mąż chronicznie ją zdradza. Odchodzi od niego. Po pół roku dowiaduje się, że jest on śmiertelnie chory. Nie mogąc mu wybaczyć i w przypływie alkoholowej złośliwości, obdzwania jego dawne przyjaciółki (informacje czerpie z jego notesu pełnego tajemniczych znaków przy nazwiskach) zapraszając je do czuwanie przy łożu umierającego. I więcej nie napiszę, bo mogę pozbawić kogoś przyjemności zapoznania się z tą lekką i łatwą w czytaniu pozycją. Pomysł był świetny, choć jak dla mnie trochę za mało został rozbudowany.

Poza tym z przyjemnością przeczytałam „Cień wiatru” i „Grę anioła” Carlosa Ruiza Zafona. Jest w nich wszystko co potrzebne by mieć przyjemność z czytania: miłość, zazdrość, intryga prowadząca do zguby, przyjemność z poruszania się po Barcelonie i jej okolicach, spotkania z ludźmi dla których książki to sens życia. I mimo ich grubości, a co za tym idzie ciężkości, nosiłam je w torebce, by gdy tylko pojawi się chwilka czasu, sięgnąć po jedną z nich. Polecam, gdy tracimy zainteresowanie dziełami trudnymi i niebywale mądrymi. Mimo swej lekkości zostawiają ślad w naszych myślach.

Jestem zawiedziona najnowszym dziełem pana Somozy. Idzie mi jak krew z nosa i, co niebywałe, z przyjemnością odkładam ją na potem, gdy tylko trafi mi się okazja do poczytania czegoś innego.

Ktoś może stwierdzić, że się odmóżdżam taką lekturą, ale co nam sprawia przyjemność jest dobre dla nas. A ponieważ dostarczając sobie tę przyjemność nikogo nie krzywdzę, więc tylko się cieszyć.

Matrioszka była chora

Maj 4, 2010

Tym razem czysto fizycznie. Dla odmiany. Choć w pewnym momencie mieliśmy z Mężem podejrzenia, że to psychiczne. Na zasadzie „nikt mnie nie kocha”. Ale badania wykazały, że jednak nie. Bo bakterii sobie z mózgu nie wysłałam.

W pewien piątek poczułam ból i pieczenie przy oddawaniu moczu (cudnie to brzmi, jakbym go komuś w najlepszej wierze i z dobrodziejstwem inwentarza oddawała 😉 ). Po gorącej kąpieli minęło. W niedziele, po powyższym piątku, pojawił się ból w prawym boku. Dokuczliwy, bo obudził mnie w nocy, mimo kwetiapiny. W poniedziałek czułam się dziwnie. Raz zimno, raz gorąco. I słabo jakoś. Po pracy odwiedzali nas Chłopaki. Zrobiłam obiad, byłam na spacerze z psem, potem w Leclercu. Ale ciągle dziwacznie się czułam. Po powrocie do domu wsadziłam termometr pod pachę i przeżyłam szok. 39,7. P. chciał jechać na izbę przyjęć, bo wysokość mojej temperatury była cokolwiek szokująca. Wyprosiłam leki przeciwgorączkowe i zimne okłady. Wsiadł w samochód i pojechał po pyralginę w czopkach i najmocniejszy ibuprofen. Ok. 23 osiągnęłam sukces, temperatura spadła do 38. Nie pojechaliśmy do szpitala. W nocy co 4 godz. faszerowałam się na przemian: pyralginą i ibuprofenem. Rano 37. Co dziwne oprócz temperatury nie miałam już żadnych objawów. Kompletnie. Nic mnie nie bolało. A im wyższa była gorączka, tym ja byłam bardziej pobudzona. Gadałam, jak nie przymierzając maniak jakiś, tylko z chodzeniem miałam problem, bo kolebało mną dość mocno. Pod wieczór sama byłam gotowa wybrać się na izbę przyjęć. Gorączka mimo leków nie spadała poniżej 38. Leżałam poobwijana w mokre ręczniki i łykałam świństwa przeciwgorączkowe. W środę umówiłam się do lekarza w Damianie. Na wszelki wypadek nasikałam do pojemnika. Trafiłam na cudowną lekarkę. Osłuchała, opukała i wyraziła zdenerwowanie, że oprócz temperatury nie mam kompletnie innych objawów. Zleciła na szybko badanie białek w kierunku infekcji bakteryjnej.  Wynik przekraczał wszelkie normy. Czyli infekcja bakteryjna, problem stanowiło jej umiejscowienie. Można było podejrzewać pęcherz, ale ponieważ nie było już żadnych objawów, pewności nie było. Dostałam bardzo silny antybiotyk o szerokim spektrum działania, na 7 dni. Oddałam krew do badania i to co nasikałam. Wieczorem P. odebrał wyniki. W moczu bakterie, leukocyty i erytrocyty. Krew też wskazująca na infekcję. Łykałam grzecznie gigantyczne piguły. W niedzielę miałam pierwszy dzień bez temperatury. We wtorek skończyłam antybiotyk. Pomału się kuruję, pomału wracają siły. Zaczynam w miarę normalnie funkcjonować.

Czego się nauczyłam? Że powinnam do lekarza trafić najpóźniej we wtorek. I, to pani doktór mnie uświadomiła, że jeśli nie działa ibuprofen trzeba go zmienić na paracetamol. Bo infekcje reagują na różne specyfiki. I jeszcze tego, że czasem warto słuchać Męża. Zwłaszcza jeśli myśli wyłacznie o naszym dobrze, a my z temperaturą topnienia mózgu nie koniecznie jesteśmy partnerem do rozmów i podejmowania decyzji. I jeszcze tego, że należy uważać na żele intymne, bo jakoś mi się widzi, że to mogło być źródło bakterii (choć jest jeszcze kilku podejrzanych).