Archive for Styczeń 2010

Wizyta

Styczeń 22, 2010

Dziś idę do lekarza. Jestem cała w nerwach. Bo mam się z czego wyspowiadać. Nabruździłam. Sama sobie.

I jeszcze prześladuje mnie, że wpadam w maniakalne poczucie misji 😦 Nie wolno kruszyć wątłych podstaw remisji, nie wolno nie łykać tabsów, nie wolno sobie odpuszczać! Wrrrr… Czuję się tak, jakbym w jakimś stopniu cofnęła się o 2 lata. Mam nadzieję, że to ostatni taki eksperyment.

Reklamy

Eksperymenta na żywym organiźmie

Styczeń 20, 2010

Podobno każdy przewlekle chory przeszedł próbę odstawienia, zmniejszenia, porzucenia, uciekania od leków. Tak pewnie musi być, że kiedy samopoczucie się poprawia przychodzi myśl, a może nie muszę, a może nie potrzebuję… a może diagnoza do dupy, a ja zdrowy człowiek jestem. Z tego co mówią statystyki różne mają tak i fizycznie i psychicznie chorzy. Z tym, że u psychicznych mechanizm jest taki: leki działają na mózg – mózg działa lepiej dzięki lekom – odstawmy leki, bo mózg działa prawie idealnie – mózg pozbawiony leków przestaje działać idealnie. Uzasadnienia do działania odstawiennego są różne. Np. leki są bardzo drogie, źle działają na nadwątlony budżet, więc w ramach oszczędności można nie wykupić jednego… potem można dojść do wniosku, że ten drugi też nie jest niezbędny. I tak oto zostaje jeden, albo dwa, które litościwe NFZ uznało za niezbędne CHAD-owcom i sprzedaje im jako refundowane. Niestety bardzo szybko może się okazać, że niestety jest tego cokolwiek za mało. I mamy problem. Jako świadomi pacjenci, walimy się pięścią w głupi łeb i czym prędzej zapisujemy do świrologa. No, ale cóż lekko nie jest. Terminy do naszego lekarza są odległe. Więc wymyślamy starategię przetrwania. I pewnie znowu, jakimś cudem przetrwamy. A jeśli nie to nas zamkną na czas jakiś. Dadzą gratisowy wikt i opierunek i na dodatek gratisowo będą nas szprycować dropsami rozmaitymi. Myśli ktoś, że uczymy się na swoich błędach? Owszem… czasem… w pewnym stopniu…

W mailu znalazłam propozycję napisania artykułu/reportażu o CHAD-zie, o życiu z nim lub w jego cieniu. Myślę. Po pierwsze: czemu ja? inni piszą lepiej i ciekawiej (np. blog mojej ukochanej drugiegokońcaświata [dziwaczna odmiana 😉 ]). Po drugie: jakie jest prawdopodobieństwo, że jeśli to zacznę, to doprowadzę do końca? marne. Pokonsultuje to sobie: z Mężem, z Synem, z forumowcami. Może potrzebuję zachęty, żeby ktoś powiedział, że taka zdolna jestem i dam radę i napiszę coś na miarę nagród międzynarodowych (cholera, czy nie mogłabym tak całkiem nie chadersko pomysleć z lubością o ty, że po prostu ktoś to ewentualnie wydrukuje i przeczyta?). Nie bez znaczenia jest to, że ktoś chce mówić o chorych psychicznie. Może to szansa, nie tylko dla mnie. Nie pchamy się z ujawinianiem, ciągle to raczej wstydliwy problem. Teraz to chyba bardziej wstydliwy niż odmienne orientacje płciowe. Pomyślę, pokonsultuje. Możecie też to odpowiednio skomentować 😉

Wyż ze wschodu

Styczeń 14, 2010

Przepiękna pogoda, słońce skrzy się na drzewach. Zrobiło się pogodnie i pięknie. A ja? Zmęczona, śpiąca i marudna. Może to wina fizjologii (ostatnie zmarnowane jajeczka dają o sobie ostro znać)? Może jakiś wirus napotkany w metrze? Cholera wie. Nie czuję się źle, czuję się jak worek na ziemniaki ciągnięty po ziemi. Gdzie radość z pięknej pogody, gdzie radość z życia? Żadna tam depresja. Patrzę na słońce przez okno i nie jest mi źle… jest nijak.

W pracy nastawiłam się, że jestem sama. I było mi super. Teraz jest trochę roboty i przychodzi kolega. Drażni mnie to. Drażni mnie, że muszę się odzywać (no, czasem wypada), że ktoś się plącze po pokojach. Odwaliło. Przecież, generalnie, lubię towarzystwo. Ale teraz mi się nie chce. Zanim zaczął przychodzić mogłam się ubierać byle jak i nawet nie musiałam się malować. Tzn. przyznaję się, że i tak to robiłam, ale chodzi o ten imperatyw: teraz muszę. A w zasadzie powinnam. Szacunek dla norm społecznych. Człowiek w pewnym momencie osiąga wiek, w którym nie wypada publicznie pokazywać lica nie przyodzianego w mazidła. Tak jak w pewnym wieku na plaży wypada  założyć kostium jednoczęściowy, a nie stringi i topless, czy małe trójkąciki. Oczywistym wyjątkiem od tej reguły pozostają wiekowe, grube Niemki, dla których akurat ta norma społeczna została wykreślona. Co kraj, to obyczaj.

Dziś będę mogła sobie zalec na kanapie (oczywiście dopiero powróciwszy w domowe pielesze, bo w pracy nie mam kanapy – straszne zaniedbanie). Robię to już od dwóch dni. Na szczęście moje szczęście małżeńskie towarzyszy mi w tym zaleganiu, zmożone przez jakiś wirus (twierdzi, że to ja go przywlokłam z metra). I tak sobie pozalegamy. Dziś, bo jutro kolejny rodzinny obiad. Ciekawe, bo nawet jak jestem zmęczona i totalnie mi się nie chce, to perspektywa spotkania z nimi zawsze skłania mnie do podjęcia wysiłku, zmieżającego do dogodzenia kulinarnego. Czyli dziś na lenia, jutro towarzysko.

A drzewa ciężkie od śniegu

Styczeń 11, 2010

Obecne okoliczności przyrody napawają mnie spokojem. Może to nieskazitelna biel świeżego śniegu, a może to że świat dzięki białej pokrywie staje się jakiś cichszy, spokojniejszy? Nie wiem, ale i tak się cieszę. Choć, trzeba oddać sprawiedliwość, również weekend (cykl dzienno-nocny) wpłynnął na mnie bardzo pozytywnie.  Chyba tak generalnie jakoś optymizmem powiało, choć szczególnych podstaw (poza psychicznymi) to raczej nie ma. Może to jest tak, że gdy emocje jakoś się stabilizują, to i perspektywa przestaje być całkiem czarna?

22 mam wizytę u świrolog, cholernie odległy termin. Boję się, że skonczą mi się leki. Wiem, powinnam się była zapisać wcześniej… Nadal myślę pozytywnie, myślę pozytywnie…

Siedzę sama w pracy. Reszta przeszła na zlecone i doraźne. Cisza i samotność wcale mi nie przeszkadza. Tylko zleceń nadal za mało. Coś się pomalutku zaczyna dziać. Przeczekać.

Dziś tradycyjnie przyjedzie Tata, Młody i Zoreks. Można godzinami patrzeć jak ten kochany futrzak szaleje na śniegu, wpada w zaspy śniegowe. Podskakuje jak królik. Jest wspaniała. Tacie się pofarciło, że na nią trafił. Jej zresztą też, bo jest kochana i rozpieszczana jak mało który pies 😉

Genetyczny eksperyment natury

Styczeń 7, 2010

Nie czujecie się czasem właśnie tak? Jak eksperyment w toku ewolucji. Niektórzy są całkiem udanym tworem. Wysokie zdolności przetrwania, miło na nich patrzeć i miło z nimi przebywać. Ciekawe po co natura tworzy chorych psychicznie. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że wielu chorych przyczyniło się do rozwoju nauki i sztuki. Wszyscy zaburzeni choć raz w życiu czytali listę wybitnych chorych. Każdy z nas może ich wymienienić i z dumą powiedzieć: to też afektywny lub schizofreniczny lub autystyczny lub jeszcze jakieś dowolnie wybrane zaburzenie. Ale wszyscy możemy sobie również wyobrazić, wręcz poczuć, jakim cierpieniem musiały być okupione te wszystkie dokonania. Bo za każdym zrywem podąża upadek. Ale czym jest cena płacona przez jednostkę na obrazie ogólnego postępu? Niczym.

Osobiście uważam siebie za ogólnie mało udany eksperyment. Dostałam paskudne błędy w mózgu, ale w nagrodę nie dano mi żadnych szczególnych talentów. Kilka predyspozycji, które jednak gdzieś chyba mi zaginęły na drodze czegoś, co u innych osobników nazywa się rozwojem. U mnie to raczej egzystencja. Teraz większość moich sił i zdolności poświęconych zostało trudnej sztuce utrzymania się na wąskiej deseczce równoważni.

Po świętach byłam na prostej drodze do zafundowania sobie psychozy. Może za dużo emocji, za dużo bodźców (zwłaszcza tych dobrych)? I mój mózg postanowił odtańczyć jakiś cholerny taniec. Prawie wypadłam z obiegu. Na szczęście jest przy mnie taki jeden cholernie czujny pan. Nakręcałam się jak sprężyna, jego słowa oczywiście na początku potraktowałam jako złośliwość i brak emapatii. Ale coś jednak we łbie zaskoczyło i ręce szybko sięgnęły po zbawienny Seroquel. Szybka dawka i sen.  Chyba znowu uciekłam z otwierającej się szpitalnej bramy. Dziękuję Ci!