Archive for Wrzesień 2009

Jesień

Wrzesień 29, 2009

Dopadła mnie dziś z rana. Obniżyła ciśnienie atmosfery, dała popalić spadkiem ciśnienia krwi. Czuję się zmęczona, pochmurna jak niebo za oknem. Dla mnie to ciężka pora roku, nie wiem czy przypadkiem nie najcięższa. W powietrzu czai się smutek, a niebo płacze deszczem za straconymi ciepłymi dniami. Musiałam przenieść już do domu bougenwillę, oliwkę i hibiskusa. Może nadejdą jeszcze cieplejsze dni, to będą wychodzić na spacer. A ja poproszę o długie spanie poranne, ciepły koc i dobrą książkę i gorącą kawę. Bo na grzane wino chyba jeszcze za wcześnie. No bo co będę popijać zimą?

Mała dziewczynka siedzi na trawie i wyrywa nóżki i skrzydełka muchom. Podchodzi starszy pan: „Chyba nie lubisz much?” Dziewczynka patrzy na pana: „Ludzi też nie lubię!”

A generalnie to mnie dziś wordpress wkurza i nie będę już pisać. Niech mają za swoje!

Reklamy

I jeszcze jeden wpis;)

Wrzesień 28, 2009

Zapomniałam napisać, że miałam CUDOWNY weekend!

W sobotę byliśmy z Tatą i Zorexem w lesie. W przepięknej Puszczy Bolimowskiej. 4 godziny łażenia po lesie i patrzenia na zielone i deptania mchu. Grzybów niewiele, ale ugotowałam pierwszą w życiu zupę grzybową! Zora była tak zmęczona, że pierwszy raz widziałam jak ciągnie się na smyczy, żeby być już w domu 😀

A dziś będzie dzień bawarski. Weisswursty, przenne piwo, precle. To w ramach odchudzania 😀

Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Wrzesień 28, 2009

Ani zdrowym, ani chorym. Czasem się szczęści, czasem nie. Albo szczęści się w jednym, a w drugim pieprzy. Gorzej jak się pieprzy we wszystkich dziedzinach. Wtedy dupa.

Tak sobie dywaguję, bo generalnie źle nie jest. Myślenie pozytywne pracuje pełną parą i nie daję się zniechęcać problemom. Problemy generalnie są jednotorowe: kasa. Pocieszam się żem nie jedyna, a i jako że lepiej bywało, to i pewnie kiedyś znowu będzie. Nieco gimnastyki wymaga spłacanie kredytów mniej więcej w terminie. Ale to się musi odwrócić. I tego będę się trzymać.

Psychicznie raczej dobrze. Mam tendencje do bujania się, ale udaje mi się unikać dużej amplitudy. Ponieważ nie lubię być miotana jak bezwolna szmacianka, więc się wkurzam. A jak się wkurzam, to jestem złośliwa. A jak jestem złośliwa, to ludziska uciekają. Dobrze mi robi pobyt w pracy, bo mogę się wyładować na pracownikach, a nie włuczyć agresję do domu. Oni biorą pieniądze za siedzenie ze mną w jednym pomieszczeniu, a rodzina musi sobie z tym radzić gratis. To mi ich szkoda, a tamtych to nie.

Moja przyjaciółka ma problem z córą. Zaburzenia odżywiania i depresja. Dobrze mieć znajomości po oddziałach dla psycholi. Udało się załatwić wizytę u, podobno, najlepszego lekarza w tej dziedzinie.

Z tym lekarzem to też była komiczno-tragiczna sytuacja na forum. W wątku zupełnie nie związanym zadałam pytanie o dr osobie, która jak mi się zdawało, może coś o nim wiedzieć. Obudziłam w tej osobie straszne lęki, co zupełnie nie było moją intencją. Czasem zupełnie nie wiadomo w którą stronę zawiodą nas nasze pokręcone, małe rozumki.

A teraz dla odmiany czytam Grang’a. Uwielbiam jego mroczne, pokręcone powieści. A Mąż się pyta, czy nie mogłabym poczytać czegoś weselszego.

„Istota choroby jest tak niejasna, jak istota życia” (Novalis)

Wrzesień 18, 2009

Jestem ostatnio zafascynowana twórczością Novalisa. Nie czytam go od deski do deski, raczej delektuję się smaczkami zawartymi w każdym słowie. Krótkie życie, śmierć, jak u wielu romantyków, przyszła pod postacią gruźlicy. Kilka dzieł, wiele niedokończonych. Mało się dziś pamięta, że to prekursor romantyzmu, uważany nawet za jego twórcę. Czy ktoś przerabiał jego prozę w szkole na zajęciach z polskiego? Byłam w klasie humanistycznej i miałam go jedynie wspomnianego, po jego dzieła nigdy nie sięgaliśmy. Także odkrycie jest samodzielne 😉

W jego powieści „Henryk Ofterdingen” jest fragment, który oddaje chyba istotę choroby jaką jest CHAD.

„…Czucia wszystkie rosły w jego duszy do potęgi mu nieznanej, do wyżyn nietkniętych dotąd stopą. Przeżył niezmiernie barwne życie, zmarł i powstał znowu z martwych, miłował z ogromną namiętnością i oddzielała go od ukochanej wieczność czarna. Na koniec, gdy świtać poczęło, gdy poświata ranna padła na ziemię, uciszyło się w jego duszy, jaśniejsze i mniej migotliwe stały się obrazy…”

I tak to jest.

Mimo znaków na niebie i ziemi, liczyłam na dość spokojny weekend. No i obliczenia zawiodły na całej linii. Choć pozytywnie. Może mnie to wyrwie z marazmu towarzyskiego. W piątek impreza, w sobotę impreza, w niedzielę spotkanie. Będzie się działo. Liczę na zdarzenia wyłącznie pozytywne. Bo trzeba się pozbierać towarzysko.

W pracy nadal nitujemy 😉 Jeszcze tylko jakieś 4.000.

Spadek napędu życiowego

Wrzesień 17, 2009

Na 100% nie depresja. A jednak. Stałam się leniwcem, brakuje mi tylko gałęzi do wiszenia w półśnie. Może to początek jesieni mnie przygnębia? Wracam z pracy i nie mogę w słońcu posiedzieć na balkonie, bo o tej porze słońce chowa się za blokiem naprzeciwko. Bougenwilla nie wypuszcza nowych kwiatów. Zanim wrócę do domu majorka już zwija kwiatki. Coraz mocniej sobie uświadamiam, że czas poprzesadzać kwiaty i przygotować je do powrotu do domu. I tak dochodzę do wniosku, że to jednak jesień.

Nie chce mi się podtrzymywać kontaktów towarzyskich. Moja interaktywność kończy się na kontaktach z najbliższymi. Mąż mnie goni do podtrzymywania więzi zewnętrznych: „dzwoniłaś do Ż., a do O. Odpisałaś na maila A.”. I żeby nie kłamać, bo tego staram się unikać jak ognia, robię co należy, żeby nie podpadać. Ale nie ma w tym entuzjazmu. Jestem jak bezwolny bałwanek, który staje tam gdzie go postawią. Z G. umówiłam się na spotkanie tylko dlatego, że muszę mu oddać zleconą pracę. Czy to nie chore? (a może być zdrowe u chorego 😉 )

Przez większą część mojego życia byłam osobą mocno towarzyską. Czasem na zasadzie, że musiałam mieć widownię dla mojego ekscentryzmu. A czasem po to by walić moich przyjaciół moją złością. Generalnie zawsze potrzebowałam widowni. Od momentu gdy zaczęłam przyznawać się do choroby, krąg znajomych mocno został okrojony. Ale kontakty nadal były ożywione. A teraz mi się jakoś nie chce. Tzn. nie chcę stracić moich przyjaciół, ale też nie robię nic by ich mieć przy sobie. Może z lenistwa, bo trzeba by się było ruszyć z domu, albo zaprosić ich do nas… a tu książka czeka, kocyk…

Ale ogólnie nastrój mam dobry. Żeby nie zapeszyć i nie pisać tego jak się czuję, napiszę tylko że moja obecna klasyfikacja chorobowa ma oznaczenie F31.7 😀

A w pracy? Nadal nie jest dobrze: za mało zleceń, za dużo osób na utrzymaniu. Teraz mamy bardzo wymagającą intelektualnie pracę: nitujemy 12.000 zawieszek magazynowych. Paluchy mnie bolą, a na jednym mam nawet siniaka od wciskania kółka. Ale kasa z tego jest naprawdę niezła. Czuję się jakbym pracowała w fabryce przy taśmie. A ja z manualnych prac to tylko szydełko lub druty. Najgorsze, że takie monotonne zajęcia wywołują we mnie agresję. Jeszcze ze 2 dni i powinniśmy skończyć.

W piątek wyprawiamy Młodemu imieniny. Tzn. my dajemy chatę, a oni przygotowują przyjęcie. Ma być kalsycznie amerykański obiad: hamburgery, fryty, ciastka czekoladowe i sernik na ciepło. I tak nie mogę schudnąć, a po czymś takim zostanę miss grubasów.

Czyli w piątek mam tłum gości, może nawet przyjedzie teściowa. I jak ja to przetrwam?

A w sobotę pojedziemy na cmentarz, bo to urodziny Mamy. Zawieziemy piękny bukiet, postoimy, pomyślimy… a potem pójdziemy pospacerować po lesie i pobawić się z Zorą. Cóż, takie jest życie. Świat się nie wali, gdy odchodzimy na zawsze.

Moskwa

Wrzesień 7, 2009

W sierpniu moja siostra wraz z dziećmi pojechała do Moskwy. Nie była tam ok. 30 lat, ja zresztą też. Ona się teraz zaparła. Podtrzymywała (po śmierci Mamy) kontakt z cioteczną ciotką. I w końcu zebrała się na tyle, żeby dostać zaproszenia, załatwić wizy i ruszyć.  Byli tam 2 tygodnie. Oglądałam zdjęcia i słabo poznawałam miasto. Odświeżone, odnowione i wyglądające zamożnie. Straszyli wszyscy, że tam drogo. Okazało się, że nie. Jedzenie w cenach warszawskich, lub niższej. Bilety na komunikację taniutkie. No i ta możliwość dostania się wszędzie metrem.  No i Moskwa wygląda zamożnie. Szerokie drogi a na nich drogie samochody.

Siostrze udało się zebrać całą rodzinę mieszkającą w Moskwie. Część niestety już nie żyje, o czym  niewiedzieliśmy. Główna przyczyna śmierci: marskość wątroby. Ale i tak pozostało wielu członków rodziny. Mój brat cioteczny, siostrzeńcy, w/w ciotka, brat mamy.

Udało się jej dotrzeć do miejsc, z którymi byłyśmy emocjonalnie związane.  Zrobiła zdjęcia, a potem siedzieliśmy i porównywaliśmy z fotami sprzed lat.

A potem było wielkie skanowanie zdjęć, bo okazało się, że moskwiczanom większość przepadła. Dobrze, że są maile 😉

Może też jeszcze kiedyś się wybiorę? Nawet trochę mnie ciągnie.

Piątek, wreszcie piątek

Wrzesień 4, 2009

Człowiek ma miesiąc urlopu, idzie do pracy, i co? Marzy o kolejnym urlopie.

Chciałabym znaleźć się na ukochanej wyspie. Zbierać tymianek, szukać kamieni na plaży, jeść ośmiornice i pić białe, młode winko. Świat by zwolnił, woda w morzu libijskim zmyłaby zmęczenie, słońce naładowało psychiczne akumulatory. Zerwałabym gałazki majorki, żeby całą zimę przypominała o murach obrośniętych nią, jej mocna nieprzemijająca zieleń dodawałaby sił i była dowodem, że świat się znowu odrodzi po zimie. Fakt, posiadam jej kilka skrzynek i materiał na następne rozsady 😉 Ale co świeże to świeże. Pewnie kupiłabym w sklepie kolejną bougenwillę, może też oleander. Na wiosnę obsypały by się kwiatami. Przesiadywalibyśmy wieczorami w tawernie sącząc wino, pijąc mocną, gęstą kawę, zajadając obiado-kolację wzorowaną na greckich obyczajach.

Oj, rozmarzyłaś się dziewczyno. To pewnie przez tę pogodę. Już czuje się wyraźnie, że lato mija. Dzień staje się coraz krótszy, noce chłodniejsze.  Pozostaje mi jedynie wspominać zeszłoroczny wyjazd (i wszystkie poprzednie) i nastrajać się na zimne, długie wieczory.

Po przerwie, po urlopie

Wrzesień 3, 2009

Zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że nie piszę. Uważałam, że to takie uwalnianie emocji, pisanie dla siebie, choć publicznie. Ale kiedy czytam komentarze zaczynam wierzyć, że komuś może pomóc takie, moje, spojrzenie na chorobę. Nie bawię się w sztuczną skromność, ale mimo wszystko jestem nieco zaskoczona.

No i biję się w piersi i obiecuję wrócić do pisania 🙂

Teraz mam generalnie dużo myślenia na temat pracy. W firmie, w której pracuję od lat, opadła na nas zasłona kryzysu. Współpraca głównie z firmami motoryzacyjnymi okazała się kiepską inwestcją. Przypomniałam sobie o własnej działalności gospodarczej. W gminie rozszerzyłam działalność, wyprodukowałam wizytówki, dziecko zrobiło stronę. Urlop bezpłatny w firmie, a tu zlecenie, potem następne, wczoraj kolejne. Może jest szansa na samodzielność? Bo coraz bardziej mnie mierzi siedzenie w pracy i robienie nic lub niewiele. Niby zaczynają się pojawiać drobne zlecenia, wydaje się że motoryzacja liże rany i pomału wraca do życia.  Ale już mnie to nie bawi. Bite 8 godzin na tyłku, trochę pracy i nuda. Kiedy jest dużo zajęć czas mija szybko i nie ma się poczucia zmarnowanego dnia, ale teraz… Inaczej jest kiedy człowiek „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”. Nie ma znaczenia czy robisz w dzień, czy w nocy. Samoregulacja. Nikt w przypływie złośliwości nie mówi: płacę za 8 godzin… właśnie, magiczne słowo: płaci. Mam wrażenie zatrzymania się w miejscu. Ale mam też obawy przed samodzielnością. Praca u kogoś zdejmuje mi z głowy sprawy typu zus. Ubezpiecza mnie pracodawca i już. No i, teraz bywa z tym różnie, ale jednak stały przychód, który jest mi niezbędny choćby po to by spłacać kredyty.

Pewnie się jeszcze tak pobujam, póki coś mi nie da kopa.

Jutro chyba zaproszę Tatę i jego psunię Zorę na obiad. Są kochani.

Dzieci zaczęły załatwiać sprawy związane ze ślubem, zaczyna ich to wciągać: lokal, muzyka, zaproszenia… a mają jeszcze 11 miesięcy do terminu 😀