Archive for Luty 2009

Przedwiośnie

Luty 27, 2009

To chyba najgorsza pora roku. Organizm aż krzyczy o witaminy i słońce. A jeszcze te ostatnie dni: pochmurne, deszczowe, chłodne… Jestem opanowana przez zniechęcenie i bylejakoś własnych emocji. Wszystko we mnie jest takie przedwiośnie: już rwie się dożycia, ale sił brak. Nie moge się doczekać, kiedy znowu będzie zielono, kwitnąco i ciepło. Nie mogę się doczekać upałów i widoku spalonej słońcem trawy, zapachu dojrzałych owoców i temperatur dobrze powyżej 20 stopni. Cała zime karmię się wizją późnej wiosny i upalnego lata. Ale teraz, u schyłku zimy brak mi już tego optymizmu, brak mi sił na myślenie pozytywne. Cała natura wygląda tak, jakby nie miała sił na cierpienia zimowe, jakby zapadała się w sobie pod wpływem beznadziejności ciemnych i ponurych dni. Jestem ospała, sprawia mi trudność poranne wstawanie w towarzystwie chmur zaciągających całe niebo. Nic mi się nie chce. A jeszcze te kilogramy nabyte zimą. Kilogramy wykarmione potrzebą ciepła i spora dawką kwetiapiny. I ten apetyt na słodkie ciasta. W życiu tak nie miałam. Ze słodyczy tylko śledzie… a teraz, rozpacz. Generalnie: apetyt większy, przemiana materii mniejsza. Efekt ciężar ciała większy. Oscyluje, gdzieś tak wokół wagi ciążowej. Mojej. Sprzed 24 lat. Ech, wtedy to schudłam migiem. Raczej nie mam nadzieji na powtórzenie tego. Z wiekiem kilogramy raczej narastają niż spadają.

P. ma wirusowe zapalenie oskrzeli. Siedzi w domu. Ja też chcę!

Reklamy

Przemyślenia dojrzałej kobiety

Luty 18, 2009

Dziś urodziny świętuje moja Siostra. Jesteśmy prawie bliźniaczkami, tyle że z 8-letnią różnicą wieku. Czasem jesteśmy sobie bliskie, czasem oddalamy się od siebie.  Nie kłócimy się, to chyba przywilej młodości i mieszkania pod wspólnym dachem. Ale wtedy też nie było jakiś ostrych jazd. Pewnie za duża róznica wieku. Tak naprawdę zaprzyjaźniłyśmy się, gdy ja skończyłam 18 lat. Ona już wtedy nie mieszkała z nami. Wyjechałyśmy razem na miesięczne wakacje. Było to tuż po moich egzaminach na studia. Wtedy powstał zaczątek mojego Syna. Teraz mieszkamy blisko siebie. Zresztą wszyscy mieszkamy na trasie jedynej warszawskiej linii metra. Czasem dzwonimy do siebie często, czasem całymi tygodniami nie. Jej córa jest naszą chrześnicą (mówię naszą, choć tak naprawdę to P. jest chrzestnym – ja z oczywistych względów nie nadawałam się do tego celu 😀 ). Wie o mojej chorobie i podejrzeniach, że zawdzięczam to błędnej kombinacji genów odziedziczonej po mieczu. Kiedyś już pisałam, że Ona była tą mądrą i odpowiedzialną. Ja domowym destruktorem. Kiedy się urodziłam Rodzice byli już mocno dojrzali. Mama chyba liczyła na syna (wybrano dla mnie imię Waldemar, a potem w popłochu poszukiwali jakiegoś zamiennika dla dziewczynki). A urodziła jej się córa, która całymi latami była związana emocjonalnie wyłącznie z Ojcem. Ot, przewrotność. Może dlatego tak bardzo ważny stał się dla niej Młody. Dała mu tyle ciepła i miłości ile tylko zdołała. Do końca swojego życia nie dała powiedzieć na niego złego słowa, zawsze był mądry i wspaniały, a na dodatek piękny 😀

Dziś zadzwonię do Siostry, z pełną szczerością będę jej składać życzenia. Kocham Cię Siostrzyczko! Dałam Ci do wiwatu, często ponosiłaś konsekwencje moich czynów. Przepraszam Cię! Nie wiem czy powiem Ci o tym prosto w oczy, ale może kiedyś to przeczytasz?

A tak z innej beczki, to jest SETNY wpis na tym blogu!

Kolejny rok życia

Luty 17, 2009

Jeszcze trwa poprzedni, ale za 3 dni będzie już następny. Na forum powinnam przestać być matrioszką42 a stać się matrioszką43. Ale jestem zbyt leniwa, żeby zakładać nowe konto. Nick powstał wiele miesięcy przed 42 rokiem życia to i może sobie zostać jako symbol czegoś. Nie wiem jeszcze czego. Co się zmieni? Chyba niewiele. Spódnice wydłużają się o parę centymetrów już od jakiegoś czasu. Z bojówek i sportowych butów nie zrezygnuję, choćbym miała 100 lat. Co się jeszcze zmieniło? Przytyłam i nieco mi to doskwiera. Choć, na szczęście, już bez poczucia bycia potworem. Już nawet nie unikam spojrzeń w lustro, gdy stoję naga w łazience. Przybyło kilka ciuchów kamuflujących. Staram się nosić te, w których ja się czuję bezpiecznie. Mam w nosie powtarzalność zestawów. Może to nie akceptacja, ale pogodzenie się z rzeczywistością. Będę musiała kupić sobie nowy, większy kostium kąpielowy. Znajdę jakiś piękny i zaszaleję 🙂

Zeszły tydzień w pracy był zawalony robotą. Było super, choć męcząco. Od wczoraj większość prac wypchnięta. Cisza. A ja, jeszcze trochę nakręcona, źle znoszę spadek napięcia. Nie wiem, czy z tej przyczyny, czy winna była pogoda, wczoraj odczułam ostry zjazd ciśnieniowy. A tak już było dobrze. Zaliczyłam koniak. I ciśnienie wzrosło: od stanu – martwy, do stanu – zombi. Wieczorem ból głowy. Ale dziś już poprawnie, choć sennie.

Czeka nas dziś popołudniowe odśnieżanie wejścia do domu Teściowej. Wraca jutro ze szpitala, więc trzeba przygotować schody i wjazd. Trochę pracy fizycznej jest niezły, szkoda tylko że wtedy będzie już ciemno. Śnieg podoba mi się tylko w wariancie skrzenia się w słońcu. Choć tak naprawdę to powinien sobie padać w górach, w mieście jest totalnie zbędny. Zanim doszłam do metra wyglądałam jak wcielenie bałwana, bez nosa z marchewki. Choć mój własny nos jest wystarczająco długi, by robić za marchewkę 😀

Wiara, wiara…

Luty 6, 2009

Ostatnio na forum była dyskusja o religii. Jestem ateistką z rodziny ateistów. Na życzenie Teściowej wzieliśmy ślub kościelny, ja za dyspensą. Ani mnie to chłodzi, ani grzeje. Żadne przeżycie, dla mnie obowiązujący jest ślub cywilny. Kościelnego nawet daty nie pamiętam. Syna ochrzciliśmy, doszedł do I komunii. Po prostu nie chciałam z założenia odbierać mu czegoś co być może mu się spodoba. Nie spodobało się. Tuż po komunii sam podjął decyzję, że nie jest to coś co mu jest w jakimkolwiek stopniu potrzebne do szczęścia. W jego szkole nie było żadnej presji na uczestniczenie w zajęciach z religii, nikt go nie napiętnował, że taki zły człowiek z niego. Może dlatego, że mieszkamy w stolicy, na osiedlu, które uchodziło za intelektualne. Obecnie syn jest takim samym ateistą jak ja.

Jest mi z tym znakomicie. Wydaje mi się, że wiara potrzebna jest by sobie w prosty sposób tłumaczyć rzeczywistość, by mieć poczucie przynależności do grupy, pomaga w wypracowaniu sobie dobrych zachowań (grzech – kara). Więcej wysiłku wymaga przestrzeganie zasad moralnych, gdy nie stoi nad nami ktoś z biczem. Ateizm, chyba pozwala być bardziej tolerancyjnym na róznorodnośc tego świata. Nikt nie jest oceniany przez pryzmat uprzedzeń związanych z narzuconym odgórnie postrzeganiem świata. W wierze brakuje mi przede wszystkim racjonalności. Implikuje to samo słowo „wiara”. Żadnych dowodów, przyjmować za dobrą monetę wszystko to, co przez wieki wpasowano w zakres wierzeń. Tyle było i jest religii. Każdy bóg jest ogłaszany lepszym od pozostałych. Nie bawi mnie to 😉

Brak wiary odbiera mi także złudzenia życia po śmierci. Nieśmiertelne dusze, ulatujące do nieba aniołki, ocenianie uczynków i opcje z tym związane, zupełnie do mnie nie przemawiają. Jesteśmy tu i teraz. Kropka i pa, pa.

A teraz jadę obejrzeć pięknego, zielonego Jeepa. Może, kto wie… Wierzę, że będzie nasz 😀