Archive for Listopad 2008

ospałość, ty moja…

Listopad 27, 2008

Nadal, niezmiennie, mam problemy z porannym budzeniem się i rozruchem. Kolejne przestawianie budzika, wpadam w głęboki 9-minutowy sen między kolejnymi dzwonkami. Kiedy w końcu się zwlekę, odbębniam tylko czynności niezbędne: umyć zęby, posprzątać u kota i dać jej jeść, wypić kawę, zapalić papierosa, zrobić coś na kształt makijażu, ubrać się i wyjść do roboty. A w pracy? Walka by nie zasnąć. Czyli kolejna kawa i albo przegląd miejsc, gdzie ktoś coś mógł napisać, albo rzucenie się w wir pracy. Choć wir słabiutki. No i to rzucanie się wygląda raczej jak skok anemika z dywanu, niż wskok na głęboką wodę. Chciałabym się tego stanu pozbyć, choć nie pozbywając się leku. Kwetiapina mnie jednak wyciszyła, wyrównała. Już nie jeżdżę jak szalona w górę i w dół kilka razy w ciągu dnia. I tak jakoś się czuję na poziomie 0 – +1. Można uznać, że całkiem przyzwoicie. Zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi jazdami. Chyba muszę uwierzyć, że bardzo lubiany przeze mnie seronil rozbujał mnie totalnie. Zrobił to po ładnych kilku miesiącach użytkowania. U CHAD-owców najczęściej antydepy wywołują manię (u mnie tak było po Citalu – ratunek przyniosła szybka interwencja świrolog), ja wpadłam w szybką zmianę faz. Na szczęście zostałam, również w porę (pokłony dla p. doktor) spacyfikowana. Martwi mnie tylko, że sprawy potoczyły się w stronę antypsychotyków. Ale cóż jak się jest po****doloną, to trzeba ponosić tego konsekwencje. Rozmaite. Czasem dobre, czasem złe… a niekiedy tragiczne.

Brrr… mży, jest ciemno… idę na papierosa, a następnie kolejna kawa.

Reklamy

Przypadłości związane z kwetiapiną

Listopad 26, 2008

Biorę, jak już wspomniałam, od jakiegoś czasu antypsychotyk. Ma zlikwidować rapid cycling. Z zalet: śpię po nim spokojnie, bez wybudzania się co chwilę, bez napadów paniki. Z wad: zwala mnie z nóg wieczorem w pół godziny po przyjęciu. Najgorsze: jego działanie trwa do 10-11 rano. Muszę wstawać, bo muszę pracować. Wredni klienci dzwonią czasem bardzo rano. Myślenie, udzielanie odpowiedzi jest prawie poza moim zasięgiem. W weekend, kiedy mogłam sobie pozwolić na spanie, zostałam dwukrotnie obudzona ok. 11.30. Być może powinnam brać ją wcześniej, np. ok. 21, co przesunęło by czas jej działania o poranku. Ale z różnych przyczyn położenie się przed 23 rzadko wchodzi w grę.

A teraz jestem zapracowana i na dziś koniec wpisu 😀

A ziemi prawie nie widać…

Listopad 25, 2008

Odlot, szybowanie. Złość, agresywność, za chwilę smutek i przygnębienie. Nie chcę takiej postaci Chad-u. Dotychczasowa była ciężka, ale teraz quwa to przegięcie. Sms do lekarki: „Ratunku!”.

Jak jest zima, to musi być zimno…

Listopad 24, 2008

Niestety. Czapka, szalik, ciepła kurtka, ciepłe buty, ciepłe ciuchy. Jednak sam widok za oknem powoduje, że marznę. Kwiaty w domu już cierpią z powodu zmniejszenia ilości światła (zupełnie jak ja 😉 ). Bougenwilla wybujała bardzo wysoko, jednak liście ciągle opadają. Stoi w najchłodniejszym pomieszczeniu w domu, na południowym oknie, a i tak widać jak ta pora roku utrudnia jej życie. Tymczasem na przekór ciemności zakwitła oliwka 🙂 Będę się musiała bawić w pszczołę i zapylać 😀

A samopoczucie? Nadal mieszane, choć ze wskazaniem na +. W sobotę było imprezowo. Osiemnastka Siostrzenicy i czterdziesta Koleżanki. Jestem dumna z siebie (choć może nie powinnam), że owszem wypiłam piwa, ale nie do upojenia. Tak żeby było miło i wesoło, ale bez przegięć. Nie było tak, że jak już zaczęłam to musiałam do oporu, póki alkohol jest w jednym pomieszczeniu ze mną. Naprawdę było bardzo fajnie!

W niedzielę sprzątanie, prasowanie i obiad z Tatą i Młodym. Młody zaczął też pisać bloga. Temat: jego praca. Złośliwe komentarze na temat pracy telemarketera. Pracuje pod patronatem firm farmaceutycznych i bada skuteczność akwizytorów leków. Jego Panna też robi ankiety, ale takie typowo marketingowe na zlecenie: banków, firm spożywczych i itp. W sobotę na urodzinach Siostrzenicy, prawie wszyscy zaproszeni goście uczestniczyli w jej ankiecie. Było wesoło 🙂 A Dziewczyna odpracowała chyba ze 30 ankiet (niektóre osoby były po 2 razy z różnych telefonów).

Dziś niestety znowu poniedziałek. W pracy nadal nieiwele się dzieje, a jest to bardzo przykre dla moich finansów 😦 Pare drobnych zleceń, ale wielkiej pracy, póki co, ni widu nie słychu. Jest parę projektów, ale jeszcze nie weszły w fazę realizacji. Cóż należy mieć nadzieję.

Bardzo się cieszę, że nastrój się nieco ustabilizował, że przestało (mam nadzieję) bujać mną tak totalnie. Są symtomy rapid cycling, ale już nie tak wyraźne, nie tak bolesne. Loqen w zwiększonej dawce chyba zaczyna działać. Mam nadzieję, że nie jest to tylko moje pobożne życzenie.

Za oknem słońce i tylko leżący na chodnikach śnieg przypomina o zimie. Jeszcze ok. 5 miesięcy i znowu przyjdzie wiosna. A może uda się znowu (po kilku latach nieobecności) wyruszyć na kilka dni do Egiptu? Złapać trochę słońca, ponurkować, nasycić się krewetkami i innymi żyjątkami morskimi, odetchnąć zapachem ziół i przypraw. A także wszechobecnym pustynnym kurzem.

To moja droga z piekła do piekła… (Epitafium dla Wysockiego, J. Kaczmarski)

Listopad 21, 2008

Z piekła długich, ostrych faz, do piekła szybkich zmian. Ten koszmar wykańcza mnie psychicznie, a nawet fizycznie. Osłabienie, bóle mięśni (nie grypowe ani zmęczeniowe). A jeszcze stan popieprzenia pracy jelit 😦 Przedwczorajszy sms do doktorki zaowocował jej telefonem wczoraj wieczorem. Smutnym głosem oświadczyła, że z Loqanem jedziemy w górę, nie tak stopniowo jak było planowane, ale w szykim tempie. Wypisuje mi receptę i zostawia ją w rejestracji. Dziś odbiorę, do apteki, żeby złożyć zamówienie (nie mają tego na stanie), jutro odbiór i z malutkich różowych tabletek przechodzimy na duże różowe pigułki. Jak ja czasem mam dość tego całego leczenia, choroby, siebie… Im więcej wiem, tym jestem głupsza. Mogę się tylko pocieszać na forum, że nie tylko ja tak mam. I że, jak wyczytałam, jest nas chorych ok. pół miliona w samej Polsce. Takich z mniejszymi i większymi zaburzeniami afektu. Czekam na upragnione stabilizujące działanie kwetiaminy. A jeszcze rok temu obie z lekarką miałyśmy nadzieję, że obejdę się bez neuroleptyku, bo tak ładnie zareagowałam na początki leczenia. Ale minęło mi 😦

Kurcze to już rok leczenia. Zmian leków, różnych efektów ubocznych, okresów stabilizacji i zmian faz. Rok liczenia na to, że wreszcie będzie normalnie. Nie jest. Ciągle wierzę, że będzie…

Życie pełne niespodzianek…

Listopad 20, 2008

Myślę sobie: stabilizacja. Okazuje się: dupa, wcale nie.  I to okazuje się coraz bardziej „nie”. Góra (wysoko), dół z włącząnym agresorem. Wypełniam dzienniczek samopoczucia i generalnie powinnam mieć możliwość wypełniać go 3 razy dziennie. Bo to co wpiszę o 11, ma się nijak do samopoczucia o 13, które ma się nijak do godziny 17. Przegięcie. Rozumiem raz na parę dni, ale co pare godzin? Wczoraj P. był zmuszony ściągnąć mnie ostro na ziemię. Chwała mu za to bo inaczej to sama nie wiem co by było 😦  Chwała również naszemu forum, bo mogłam się tam rozładować z nadmiernego słowotoku. I chwała SteIII i Ps-spec. Pozwolili mi przetrwać dzień!

Wczoraj również przeżyłam kolejną wycinankę znamienia. Wreszcie w miejscu takim, że cały zabieg mogłam sobie patrzeć co mi robi 🙂 Śmiał się ze mnie, że mu patrzę na ręce. Ale to oswojony chirurg, to chyba 7 lub 8 znamie wycinane przez niego. Teraz tylko za 10 dni zdjęcie szwów, a za 14 odbiór histopatologii.  Znowu czekanie na wynik…

Kiedyś, jak byliśmy w Moskwie zobaczyłam plakat: „Alkohol eto miedliennaja smierc”, a ktoś poniżej dopisał: „A my nikuda nie spieszym”. Piękne. Choć z alkoholem ja muszę bardzo ostrożnie, zbyt mocno się lubimy. Wzajemnie. Z hazardem też muszę uważać, bo genetycznie jestem skazana na porażkę. Pradziadunio przetracił w karty i na wyścigach nie mały majątek. Mam nadzieję, że na kobiety też. A ja z pieniędzmi też muszę uważać, mam tendencję do powiększania sobie ich zasobów poprzez wzbogacanie banków. Na szczęście od dłuższego czasu mój jedyny kontakt z bankami ogranicza się do elektronicznych przelewów.

A generalnie to mi dzisiaj taka jedna powiedziała, że jestem zdrowa. Dlatego nawołuję moją lekarkę do nie dzwonienia do mnie (bo to może uchodzić za prześladowanie), nie wmawiania mi choroby, nie zwiększania mi dawek dropsików. Bo prawdziwi znawcy rzekli, że jako chora nie mogę być inteligentna, a z tego wynika jestem zdrowa 🙂  I inteligentna 😉

Prawda czasu, prawda ekranu…

Listopad 18, 2008

Czasem zastanawiam się co w naszym życiu jest prawdą, co urojeniem, omamem a co pobożnym życzeniem. Pewnie nie tylko osoby z pobabranym mózgiem mają takie problemy, no może pomniejszone o brak urojeń i omamów. Ale nasz świat jest chyba bardziej labilny i przez to trudniejszy do oceny. Który z punktów naszego zachowania jest nami a który chorobą? Który punkt na skali jest przekroczeniem norm zdrowia psychicznego (co to jest norma?), a który zwyczajnym pobudzeniem lub lenistwem? Może nie powinnam tak się nad tym zastanawiać, bo i po co. Jakoś od 40 lat (dwa zostawiam sobie na bezmyślność 😉 ) nie znalazłam żadnej konstruktywnej odpowiedzi. Czasem moje wymysły korygują osoby najbliższe, czasem koryguje je życie, a czasem po prostu są i trwają wykrzywiając postrzeganie świata. A potem, po czasie jest mi ciężko zdać sobie sprawę, że to co myślę jest bzdurą, kłmstwem stworzonym na własny użytek. Ostatnie próby wiwisekcji psychicznej skończyły się totalnym rozchwianiem i wpadaniem w przerażającą wizję rapid cycling. Na zapytanie o ewentualną terapię, świrolożka dostała szczękościsku i powiedziała, absolutnie nie! Może za jakiś czas, teraz walczymy o remisję. A remisja? Myślałam, że już przyszła, że już jest. A tu dupa blada. Kolejna wyimaginowana interpretacja zrodzona pod czaszką.

A generalnie dziś jest dobry dzień 🙂 Świeci słońce, niebo bezchmurne… tylko zimno. Jechałam do pracy w moim cudnym kapeluszu. Tylko w pracy jakiś marazm. A marazm źle wróży zasobności finansowej. I to akurat na grudzień 😦 Oby nastąpiły jakieś pozytywne zmiany.

Moja koleżanka w pracy od 2 tygodni kupuje wersalkę. Tak wersalkę, taki mebel. Dzień w dzień słucham i oglądam kolejne modele. Mogę pracować w sklepie meblowym przez nią 🙂 Niech ona wreszcie coś kupi, bo nie ręczę za swoją poczytalność 🙂 No co, w końcu wariat jestem 😉

Kocica…

Listopad 17, 2008

Od tygodnia mieszka z nami kotka Taty. Tata wyjechał na 2 dni i zostawił ją nam, a teraz została, bo: czuje się tu zdecydowanie lepiej. Od pójścia Mamy do szpitala, Kicia zachowuje się tak jakby mieszkanie Rodziców ją przerażało. Siedzi non stop w swoim domku, wychodzi tylko na siusiu i zjeść. Jest strachliwa. Wygląda jakby przybyło jej z 10 lat. Po śmierci Mamy było coraz gorzej. Po przyjeździe do nas okazała się kotem ciekawskim, odważnym, ciągle się przytulającym i radosnym. Ma super apetyt i nawet nie zagląda do swojego domku bo śpi na kanapie, opierając łepek na poduszce. Gdy wracamy do domu kot zachowuje się jak pies: wychodzi nam na spotkanie, łasi się i wszędzie łazi za nami. Trochę mi głupio przed Tata, widzę że jest mu przykro, że jego ukochana Kicia tak bardzo się zmienia gdy oddala się od jego mieszkania.

A Kicior jest czarny jak smoła, ma cudne zielone oczęta i jest taka drobniutka. Rasy tzw. europejskiej 😉

Zauważyłam, że mój nastrój jakoś tak trwa na poziomie -1 do 0. Może to skutek dziury lekowej: seronil przestaje działać, kwetiapina jeszcze nie osiągnęła dawki terapeutycznej. Choć w sobotę przeżyłam jakąś żywotność. Zrobiłam sprzątanie, prasowanie. I tym sposobem na niedzielę pozostało mi błogie leniuchowanie 🙂

Po tygodniu niebycia w robocie, dziś znowu tu jestem. Tym razem jest jakoś nudnawo. Może przez tę pogodę?

W zeszłym tygodniu Dzieci namówiły mnie na nabycie takiego niby kapelusika. Wyciągnęłam moją flauszową kurtkę sprzed 10 lat i okazało się, że jestem super szykowna 🙂 Tylko na eleganckie pantofelki ani tym bardziej obcasy nikt mnie nie namówi!

Uwielbiam będąc u Taty stawać na jego wagę. Jest to stara waga. Zawsze na niej ważę tak około 3-4 kg mniej niż na swojej elektronicznej. Moja ma zresztą tendencję do tego, że im mniej jem, tym więcej ważę. Dlatego jej nie lubię.

Będę się musiała przeprosić z biblioteką. Wyczytałam wszystkie ostatnie zakupy i za chwilę zacznę cierpieć na brak lektury. Nowych póki co nie kupię. Ważniejsze są buty na zimę 🙂 Mam niby 2 pary, ale: po pierwsze butów nigdy nie jest za dużo, a po drugie, albo mi noga urosła, albo się udeptała, bo jakoś mi w nich ciasno.

A tak generalnie chciałabym, żeby była już wiosna i żebym nie musiała wcale kupować butów zimowych. Ot co!

Listopad 13, 2008

Wymiana dropsików

Listopad 7, 2008

Wczorajsza wizyta u psychiatry zaowocowała zmianą leczenia. Odstawiam Seronil. Podobno to on jest winny wpadnięcia przeze mnie w szybką zmianę faz. Wg świrologa to co mam w czaszce tak się przystosowało do nieleczonego Chad-u, że stworzyło sobie własny system przebiegu neuroprzekaźników. Dzięki czemu fazy były długie i stabilne. Wprowadzenie leków, a zwłaszcza antydepa, spowodowało pomieszanie w tym zakresie. Po roku leczenia doszło do takich zmian w przewodzeniu neuroprzekaźników, że fazy zmieniają się co parę dni, a czasem nawet kilka razy w ciągu dnia. To jest jakiś koszmar. Wykańcza psychicznie. A zamiast antydepa witam się z neuroleptykiem z grupy kwetiapiny. To zupełna nowość o nazwie Loquen. Udowodnione podobno działanie antydepresyjne i wyrównujące. Podobno na dłuższą metę prowadzi do stabilizacji. Podobno. Oczywiście Lamotrix pozostaje. Loquen jest podobno dość drogi (dopiero dziś odbieram z apteki), a refundowany tylko dla schizofreników, ale mam zadzwonić do doktorki i pewnie dostanę zapas próbek. Dziś na noc mam zażyć pierwszą tabletkę. Ma zniwelować problemy z zasypianiem, zmniejszyć lęki a w efekcie zmniejszyć depresję i nie dopuścić do manii. Ale… żeby nie było tak fajnie. Podobno wywołuje „zwiększenie masy ciała”, a to będzie trudne, bardzo. Jak ja to przełknę? No i znowu pewnie pierwsze dni przyjmowania nie będą łatwe 😦 Dobrze w sumie, że przyszły tydzień będę miała wolny. Chyba. Doktórka chciała mi dać zwolnienie, bo stwierdziła, że dobrze nie jest. Ale mimo tego, że miałam na nie straszną ochotę, to pomyślałam, że siedzenie samotnie w domu może na mnie wpłynąć raczej niedobrze. Zwłaszcza przez możliwość spokojnego napicia się np. piwa. I jeszcze stwierdziła, że w obecnym stanie psychicznym nie kwalifikuję się do żadnej terapii. Zbyt duże obciążenie dla mózgu, emocji i ogólnie pojętego zdrowia psychicznego.

I tak sobie będę czekać na wreszcie pozytywne efekty leczenia. To co ja niekiedy postrzegam jako stabilizację wcale nią nie jest. Czyli znowu postrzeganie siebie w krzywym zwierciadle, a i świat od tego robi się krzywy 😦