Archive for Wrzesień 2008

Marazm, żeby nie powiedzieć cwaniactwo

Wrzesień 30, 2008

Tak mawiała zastępcza polonistka w klasie humanistycznej. Przybyła w IV klasie na szczęście na bardzo krótko. Ale faktycznie jakiś marazm zapanował. Obwiniam pogodę. Choć pewnie moim samopoczuciem wstrząsa również wiwisekcja psychologiczna, którą prowadzimy na mnie z Mężem. Z jednej strony rozwala mnie na maxa, z drugiej pozwala się pozbierać. Ot, takie schzofreniczne emocje. Dobre – złe. Na szczęście, generalnie, czuję, że jestem w remisji. Oznacza to w miarę stabilne przepływy w mózgu. A to bez wątpienia ułatwia pracę nad sobą. Ale i tak emocje są wielkie i poczucie, że rozpadam się na malutkie kawałeczki. Mam nadzieję, że układając spowrotem puzzle ze swoich emocji robię to już w sposób prawidłowy. Liczę na kontrolę 🙂

A świat niestety stał się dość ponurym miejscem. Pogoda wywołuje smutek i melancholię, brak słońca pcha ku sezonowej depresji. Taki niefajny czas. Teraz tyle miesięcy krótkich, chłodnych dni. Byle dotrwać do wiosny, kolejny (43) raz przetelepać się przez jesień do spółki z zimą. To będzie moja druga zima w towarzystwie leków. Na szczęście przeszłością jest już etap ustawiania leków: skutki uboczne depakiny, maniakalny wzlot na citalu. Obecny koktail jakoś mi służy. Nie odczuwam dramatycznych skutków zażywania. Seronil jako antydepresant sprawdza się rewelacyjnie, lamo pilnuje remisji, a tranxane przegania lęki. Neuroprzekaźniki nie wariują. Ale i tak ta pora roku będzie dla mnie trudna, przez sam fakt występujących w niej zjawisk pogodowych. Dobrze, że jest perspektywa poprawy za… kilka miesięcy.

Reklamy

Dwa serca, dwa bieguny

Wrzesień 25, 2008

I znowu piszę pod wpływem wczorajszych wydarzeń na forum. Bo, że chad to dwa bieguny, teoretycznie wie każdy, ale… Albo większość forumowiczów jest skrzywionych depresyjnie, albo Ci na górce przestają pisać (ja tak mam w tych lepszych momentach, piszę merytoryczne odpowiedzi, staram się unikać rozmów o nastroju), albo mimo nazwy jest to kolejne forum o depresji 😦  Naprawde lubię to forum, spotkałam tam cudownych ludzi (niektórych lubię, szanuję, niektórych nie lubię, a niektórzy są mi totalnie obojętni – różnica fal nadawania), tam odkryłam się z chorobą, tam uzyskałam porady i wsparcie. Próbowałam się odnaleźć na innych forach tematycznych, ale jakoś nie czuję przekonania do nich. Nie czuję się tam u siebie. A tu się czułam, a teraz to sama nie wiem. Tzn. nie jest tak, że się poczułam urażona. Ale to trochę tak, jak wtedy gdy dziecko odkrywa, że rodzice wcale nie są wszechmocni. Sama instynktownie unikałam obnoszenia się z dobrym nastrojem, ale wiem że gdybym wpadła w hipo (tfu, tfu na psa urok) to pisałabym co mi przyjdzie do głowy z poczuciem, że mam prawo bo jestem na stronie dwubiegunowej. A pisze się wtedy, tak jak i mówi, rózne głupoty. Ale to nie powód by być niemiłym dla kogoś kto fruwa i ma problem by wyrównać. Mimo że to nie było do mnie poczułam się jakoś osobiście strofowana. Może dlatego, że wyżej latałam niż spadałam. Ale i tak jest mi tam dobrze i wierzę, że ten „konflikt” był potrzebny i da forumowiczom kopa do patrzenia na siebie i innych nie tylko przez pryzmat depresji. Nie chcę by było tam coś cięte, by ktoś decydował o tym co słuszne a co nie. Ta cholerna choroba ma różne oblicza i każde z nich jest koszmarne i frustrujące.

Ale się nawymądrzałam. Chyba wpadłam w coś co mój Mąż nazywa  „mentorstwo”. Ale musiałam gdzieś to wywalić. A od tego chyba mam bloga. Choć wczoraj o tym opowiadałam P. i bardzo mi to pomogło. Gdybym jeszcze takie rozmowy umiała zaczynać sama, a nie otwierać się gdy P. da mi impuls.

Zimna jesień w lecie

Wrzesień 16, 2008

Zrobiło się strasznie. Zimno. Nienawidzę jesieni, zimy i wczesnej wiosny. Chcę żeby było znowu ciepło! A jak nie może być ciepło to ja chcę iść spać i obudzić się, gdy słupek rtęci osiągnie poziom +20 z miłą perspektywą wyższej temperatury. Dni coraz krótsze, coraz trudniej oprzeć się przygnębiającej ciemności. Jestem zdecydowanie ciepłolubna. Jak sobie pomyślę ile rzeczy będę musiała na siebie włożyć by nie zamarznąć to mi się odechciewa wszystkiego 😦 W jesieni jest coś przygnębiającego, smutnego jak umieranie. Wiem, że za parę miesięcy świat się odrodzi, przyjdą słoneczne długie dni, ale cóż cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną.

Generalnie, mimo przygnębiającego wpływu pory roku, czuję się jakaś bardziej poukładana. Nie miota mnie w róznych kierunkach z prędkością światła. To nie oznacza, że jestem w idealnej równowadze. No takich cudów to nie ma. Ale nie wspinam się wysoko i nie spadam nisko. Takie: trochę do góry, trochę do dołu. To co mnie najbardziej cieszy, to ostra pacyfikacja lęków. Nawet nie myślałam, że można funkcjonować bez stałego towarzystwa strachu przed wszystkim i niczym.

Z perspektywy lat, dziecięce napady paniki wydają mi się bardziej naturalne niż te w wieku dojrzałym. Pamiętam, że panicznie bałam się siadać na kiblu w nocy, bo byłam przekonana, że coś mnie wciągnie. Budziłam się w nocy po koszmarnych snach (uciekanie, krew itp.), zabierałam swoją poduszkę i wędrowałam do pokoju Rodziców. Mama zabierała swoją i wędrowała do pokoju córek a ja zasypiałam przytulona do Taty. Trwało to długo, chyba przestałam przychodzić ok. 10-11 roku życia. Oczywiście strach przed ciemnością, otwartymi przestrzeniami i zamkniętymi pomieszczeniami, wysokością, chodzeniem po mostach… Było tego sporo. Ale kiedy następowało pobudzenie (czy dzieci wpadają w klasyczną manię?), nagle przestawałam się bać czegokolwiek. Drzewa, trzepaki, pędzenie na rowerze, pływanie w głębokiej wodzie… wiecznie poobtłukiwana.

W wieku dojrzałym lęki stały się całkowicie oderwane od rzeczywistości, abstrakcyjne. Nagłe ataki paniki, nie powiązane z fazami. Ściskanie w żoładku, zimny pot, drżenie rąk i jedna myśl ukryć się, zwinąć w kłębek zniknąć.

A teraz cisza (nie zapeszyć), cudowne uczucia bycia w rzeczywistości. Jesli lęk to reaktywny, może o zbyt dużym nasileniu, ale jednak w odpowiedzi na sytuację.  Zawsze wiedziałam, że nie ma jak medycyna konwencjonalna, ale teraz naprawdę wierzę, że magiczne pigułki moga coś poustawiać w mózgu. Pewnie nie do końca, ale jednak.

No to, cyk! Pigułeczka 😉

Trzeźwość świata

Wrzesień 15, 2008

To moje nowe odkrycie. Świat w swej trzeźwości jest nienajgorszym miejscem do życia. Grama alkoholu od 8 dni. Mam straszną ochotę na zimne piwo, ale trzymam się myśli, że na jednym ciężko mi poprzestać. Wydawało mi się, że jeśli do psychotropów dodam trochę alko będzie mi lepiej, łatwiej i piękniej. Dopiero teraz, po tych kilku dniach, zaczynam dostrzegać, że wcale nie było lepiej. Byłam stale nabuzowana, aż się we mnie kotłowało. A teraz okazało się, że część emocji nie wynika z choroby czy charakteru, ale zwyczajnie jest skutkiem chronicznego wspomagacza. Złość, łatwość wpadania w agresywne zachowania to nie do końca byłam ja. Czy to alkoholizm? Chyba nie, odstawienie picia nie było okupione jakimiś szczególnymi dolegliwościami psycho-fizycznymi. Jedna noc była dość ciężka i lękowa, ale poza tym spox.

W zasadzie zakończyliśmy prace przy grobie Mamy. Jest taki troszkę w greckim stylu. Zrobiony z brązowo-beżowych łupków (taki murek jak są w ogrodach). Środek wysypany drobnym żwirkiem. Na wiosnę zasadzę tam Majorkę (tam wszędzie jest piasek i odkryta przestrzeń), bo to roślina której warunki będą pasować. W mur może się wsadzi sukulenty. Będzie tak jak Mama lubiła: skromnie, prosto, ze smakiem.

W sobotę odbyliśmy wyprawę na „pole” po jesienne rośliny. W ogrodzie pojawiły się dzięki temu wrzoścce (różowe, białe, liliowe), a część zostanie zasadzona na balkonie. Zasadziliśmy dwie małe jabłonki, trochę krzewów. Mimo zimna i padającego co jakiś czas deszczu poobcinaliśmy gałęzie, wyrwaliśmy to co już uschło. To naprawdę był udany dzień.

A najważniejsze to to, że miałam aż 4 dni wolne 🙂 od czwartku do dziś. Trochę odespałam, wynagrodziłam domkowi zaniedbania sprzątające, wyprasowałam zalegające ubrania. I oczywiście popracowałam nad nowym swetrem. W zasadzie był już gotowy, ale wyszedł cokolwiek za szeroki i wymagał powtórnego wykonania. Ścieg bardzo mi się podoba, nazywa się „sieć” i faktycznie przypomina urządzenie do łapania ryb 😉 Na niego naszyję drewniane koraliki, takie w afrykańskim stylu. Jestem maniaczką wszystkiego co dziergane i nie ma znaczenia czy jest to mój wytwór czy nabyty drogą kupna. Swetry to moja pasja 🙂

Poparzyłam łapkę lewą

Wrzesień 5, 2008

Tak to jest jak ktoś zaspany usiłuje oparzyć pomidora w celu zdjęcia zbyt grubej i nieładnej skóry. W trakcie polewania, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, choć to prawie niemożliwe, otworzyła się pokrywka czajnika i gorąca woda spłynnęła na moje lewe przedramię. Zabolało! Szybko pod zimną wodę, okład sobie też zimny zrobiłam. Okazało się, że w domu brak podstawowych środków opatrunkowych 😦 Wybrałam się wcześniej do roboty, szukając po drodze apteki. Większość aptek rozpoczyna pracę o godzinie 8. Na szczęście znalazłam wreszcie czynną i nabyłam sobie: panthenol, gazę opatrunkową i bandaż. Kolega zrobił mi piękny opatrunek i teraz mam piekącą, białą łapę. To chyba samotność domowa tak na mnie wpłynęła, że zatraciłam instynkt samozachowawczy i łapę trzymałam w pobliżu pomidora i wrzątku. Albo była to złośliwość przedmiotów martwych, zemsta za zaniedbanie w likwidacji kamienia z grzałki czajnika. Co by to nie było ręka wygląda średnio. Na szczęście nie ma bąbli, tylko mocno czerwona skóra. Pewnie za jakiś czas nawet śladu nie będzie (taką mam nadzieję).

Ping

Wrzesień 4, 2008

Ping to dźwięk jaki wydaje sonar łodzi podwodnej chcącej sprawdzić w jakiej odległości znajduje się inna łódź podwodna. Wadą tegoż rozwiązania jest to, że obca łódź dostaje informację gdzie znajduje się łódź robiąca ping. I tak jest wtedy, gdy chcemy się do kogoś zbliżyć, nie tylko poznajemy jego myśli ale również pokazujemy własne. Ma to oczywiście wiele zalet, ale ma też wady (jak wszystko zresztą). Każdy chyba ma myśli, których nie chce przed nikim zdradzić. Bo są one z gruntu złe (np. życzenie komuś nieprzyjemnych rzeczy), bo są paranoiczne (np. strach przed usiąściem na kiblu bo coś z niego wylezie) bo są zwyczajnie głupie (np. dodanie czosnku do lodów waniliowych). Ale po to jesteśmy istotami myślącymi, by dzielenie się myślami, emocjami było istotnym czynnikiem interakcji. Nawet jeśli jest to trudne, nawet kiedy ciężko ubrać w słowa działalność demonów w mózgu, trzeba próbować. Te najgłupsze myśli, wypowiedziane na głos, poddane wyartykułowaniu nagle stają się bez znaczenia i pozbawione aspektu paranoi. Usilnie staram się nie kumulować złych myśli i emocji, nie zbierać ich w zakamarkach mózgu. Wyrzucam je i przestają doskwierać. Ot, taka terapia 🙂 Ale również słucham ping-ów nadchodzących z drugiej strony, słucham tamtych myśli i czuję, że jestem blisko. Taką bliskością jakiej zawsze pragnęłam. Bez zamykania dostępu, bez strachu że zniknę. Takie cudne momenty: wspólne siedzenie na kanapie, zwykłe zakupy, rozmowa przez telefon.

Dziś znalazłam w poczcie list od osoby z forum (którą zresztą bardzo cenię za odwagę by się przeciwstawiać pewnym streotypom), która napisała bym powspominała Mamę. Bardzo jej dziękuję, gdyż sama mam na to wielką ochotę, tylko nie bardzo wiem jak zacząć.

Rodzice poznali się w Moskwie na sylwestrze. Jak na Rosjankę to Mama była bardzo nietypowa. Wysoka (jak na tamte czasy), bardzo szczupła (Tata obejmował ją w tali dłońmi). Przyjechała do Polski bez znajomości realiów, języka, z malutkim dzieckiem i Mężem wiecznie w rozjazdach. Myślę, że było jej bardzo ciężko, ale nigdy się nie skarżyła. Śmieliśmy się z niej zawsze (ale czule i bez złośliwości), że od dzieciństwa została totalnie zindoktrynowana i zrobili jej pranie mózgu. W tamtych czasach rodzice mieli niewielki wpływ na wychowanie dzieci: tygodniowe żłobki i przedszkola, wyjazdy na obozy pionierskie (pewnie stąd brały się w niej niewyczerpane pokłady miłości). Doprowadziło to do tego, że ona do końca uważała Stalina za najlepsze co się przytrafiło Rosji, a Putin był jej ulubieńcem (podpadł, gdy w cerkwi całował ikony). Mimo że mówiła bardzo dobrze po polsku (dużo czytała) to na zawsze zachowała ten śpiewny akcent z dalekich stron. Zawsze wzruszała tym ludzi i wielu załatwiało dla niej nawet nieosiągalne rzeczy. Była przy tym bardzo życzliwa ludziom i światu. Irytowała mnie swoją naiwnością w podejściu do ludzi. Nikt nie był zły, wszyscy zasługiwali na wyrozumiałość. Ponieważ moje liceum było bardzo blisko naszego mieszkania zawsze po szkole a często nawet na dużej przerwie wpadaliśmy do domu. A ona czekała na nas z herbatą, ciasteczkami. Nigdy się nie skarżyła na robienie 50 herbaty. Niektórzy z moich znajomych mówili do nich „mama i tata”. A potem, kiedy urodziłam Syna na pierwszym roku studiów nawet chwilki się nie zastawiała i przejęła w dużym stopniu opiekę nad nim, by pozwolić mi na skończenie studiów.

A potem umarła, leżała na klatce, przerażona…

I ciągle nie mogę uwierzyć, że to już na zawsze.

Dziwny jest ten świat

Wrzesień 2, 2008

Wysłałam mojej Przyjaciółce z lat licealnych link do tego bloga. Ona wyjechała w obce kraje, może nie spektakularnie daleko, ale jednak. Korespondowałyśmy, czasem się spotkałyśmy. Chyba 2 lata temu przestałam pisać, przestałam podtrzymywać kontakt. Wpadałam w moją ostrą jazdę. Zrywałam kontakty. Zresztą A. była zawsze czymś na kształt mojego „wyrzutu sumienia”. Oczywiście w momentach gdy to sumienie miewałam. To co jej fundowałam przez czas szkoły nie jest w najmniejszym stopniu powodem do dumy.  Odpisała mi, cieszę się że nie odtrąciła z założenia. Miałaby powody, i ze względu na przeszłość szkolną i na przeszłość bliższą. Cieszę się z tego bardzo. Może teraz, odkąd wie, będzie jej łatwiej zrozumieć pewne moje zachowania. Właśnie zrozumieć a nie wybaczyć.

Czasem myślę sobie, że najgorsze w tej chorobie jest poczucie winy. Za piekło, które się serwuje najbliższym i dalszym, Rodzinie i Przyjaciołom. Doceniam wszystko co dla mnie robili i robią. Wiem jak ciężko trwać przy kimś kto nie panuje nad swoimi emocjami, czynami, życiem… Leki bez wątpienia prostują coś w mózgu, pozwalają na normalniejszy przepływ neuroprzekaźników, ale i tak trzeba się nauczyć funkcjonować bez mechanizmów obronnych, nauczyć się bycia partnerem a nie ciężarem. To niełatwe, zwłaszcza gdy ma się ponad czterdziestkę. Próbuję, staram się, tylko że to ciągle nie jest to czego byśmy chcieli. Ale cóż, jak mawia Beatrix, nie ma ludzi normalnych są tylko niezdiagnozowani 😉

W pracy narobiło się trochę zadym, w krótkim czasie powaliło się parę spraw. Dokuczliwe skutki tego to nie tylko finanse, ale także nadwyrężone zaufanie klientów. I o dziwo, tym razem nie czuję najmniejszej potrzeby brania całej winy na siebie (bo przecież to ja jestem nadzorcą i widać nie sprawdziłam się jako pilnowacz spraw), czym wzbudziłam niejakie zdziwienie. Osoba, która była odpowiedzialna za błąd została wysłana do szefa w celu zdania relacji. Owszem, potem zebrałam swoje od pryncypała, ale bez zapadania w chore emocje. Czysty racjonalizm. Fakt, że mój szef ma tendencję do wyciągania w takiej chwili mało miłych argumentów, których jedynym celem jest dowalenie. Patrzyłam i myślałam: „Cholera co on gada, o co mu chodzi?”.  I on chyba też zauważył, że jego plan nie do końca się tym razem sprawdza. Dziś mamy przeprowadzić debatę na temat: „Co zrobić, żeby nie spieprzyć czegoś kolejnego?”. Pożyjemy zobaczymy 🙂

Żebym jeszcze miała siłę i ochotę na podjęcie jakiś działań. Dobija mnie brak entuzjazmu i sił. Tylko, że tym razem wiem, że to wypływa z „fizis”  a nie psyche. Nie pociesza mnie to szczególnie, ale zawsze to jakaś odmiana.

Chciałabym sobie pójść na urlop (a mam go jeszcze 33 dni), pospać, posiedzieć w domu, zrobić wielkie sprzątanie, poskanować stare slajdy (by nie uległy całkowitemu zniszczeniu). Jeśli będzie mi znowu robił problemy, to zaczynam być na tyle zdesperowana by wybrać się na zwolnienie. Raczej od internisty, po co księgowość ma się zastanawiać skąd psychiatra na stęmpelku. Ale to też trzeba podjąć wysiłek: zadzwonić i umówić się na wizytę, pójść na nią…