Archive for Lipiec 2008

Samopoczucie

Lipiec 29, 2008

Psychiczne: nad kreską. Fizyczne: tragedia. Głównie za sprawą hipotonii tętniczej, czyli mówiąc po ludzku zbyt niskiego ciśnienia krwi. Nigdy nie miałam zbyt wysokiego ciśnienia. 110/70 to moja norma, w której czuję się dobrze i nieźle funkcjonuję. Od mniej więcej tygodnia cierpię z powodu gwałtownych spadków ciśnienia. Górne w granicach 90 uznać mogę za wysokie, dolne potrafi spaść poniżej 50. Robi mi się słabo, ziemia ucieka spod nóg, zawroty głowy. Kawa w zasadzie nie pomaga. Raz Mąż ratował mnie koniakiem, który musiałam wypić duszkiem (nie lubię koniaku 😦 ). Faktycznie pomogło.

Dziś idę do lekarza. Pewnie będę musiała zrobić jakieś stosy badań. Najgorsze jest to, że znowu będę musiała komuś opowiadać, że biorę takie a nie inne leki. Padnie pytanie: a dlaczego? I tu nastąpi zapewne cała seria pytań: a co pani jest? a jak to się objawia? ble, ble, ble… Jakby nie studiował medycyny, gdzie jednym z przedmiotów jest psychiatria. Chyba, że trafi mi się jakiś porządnie wyedukowany.

Być może te spadki ciśnienia są jakoś powiązane z przyjmowanymi przeze mnie lekami. Byłoby to złe, bo według mnie są wreszcie dobrze ustawione. Lamotrix nieźle stabilizuje (skraca zdecydowanie jazdy), seronil trzyma mnie przez większość czasu ponad kreską, a doraźne przyjmowanie tranxane chroni przed lękami i atakami paniki. Wolę jakieś środki zaradcze na ciśnienie niż zmianę leków. Zwłaszcza, że w zasadzie nie mam żadnych skutków ubocznych (chyba, że właśnie to nieszczęsne ciśnienie). Niech się doktorek pomęczy ze środkami zaradczymi.

Może to być też powiązane z jakimiś chorobami tkwiącymi we mnie i będącymi mało miłymi. Ale tą możliwość wykluczam, jako mało prawdopodobną. Poza ciśnieniem czuję się fizycznie dobrze.

Pozostaje mi tylko nadzieja, że mimo tego co piszą w necie o braku leków na hipotonię, jakieś jednak się znajdą. Męczące jest bycie ciągle zmęczoną 😉 A leków nie dam sobie poprzestawiać. Może nie popadnę w alkoholizm z powodu nadużywania koniaku (bo alkoholizm jest chyba powiązany z uczuciem przyjemności z powodu picia, a ja takowej przy koniaku nie odczuwam).

Reklamy

Biorę się za siebie

Lipiec 25, 2008

Coraz częściej utwierdzam się, i zostaję utwierdzona, w przekonaniu, że sama farmakologia nie daje szans na pełną remisję. Oprócz grzecznego i systematycznego łykania pigułek niezbędna jest praca nad sobą. Zauważyłam u siebie i u innych chad-owców, z którymi mam kontakt, dużą niedojrzałość psychiczną: tendencję do unikania odpowiedzialności, problemów, skłonność do chowania głowy w piasek. Faktycznie najbardziej jest to widoczne w okresach spadku nastroju, ale również okres remisji nie jest wolny od takich zachowań. Niestety czas manii to też nie jest czas odpowiedzialności 😉

Dlatego za wszelką cenę staram się dorosnąć. Zacząć brać odpowiedzialność za swoje czyny. Przestać się bać i nie tworzyć sobie fobii, które budzą ten upiorny lęk i prowadzą mnie na skraj ataków paniki. Uczę się najpierw myśleć a potem robić. Dorastam, co bywa bolesne. Staram się nie stosować nadinterpretacji czyiś intencji, bo prowadzi to do nawarstwiania się złych emocji. Muszę nauczyć się wyjaśniać problemy natychmiast kiedy się pojawią. Nie dopuszczać do eskalacji złych zachowań. Gdybym nie miała obok siebie wspaniałego Człowieka, który ściąga mnie na ziemię, wali w łeb i każe każdą problematyczną sytuację racjonalizować, pewnie nie dałabym rady. Czasem nawet nie widzę, że jakaś moja reakcja nie jest normalna. A On zmusza mnie do spojrzenia jego oczami, do zastanowienia się nad sobą.

Mam teraz dwa notesy. Jeden służy do zapisywania bieżących zakupów. Drugi jest kalendarzem. Zmuszam się codziennie do wpisywania w nim rzeczy do załatwienia. Rano, po przyjściu do pracy, pierwsze co robię to zaglądam do niego i sprawdzam co założyłam sobie do wykonania na ten dzień. Potem dopisuję to co mam zrobić później. Staram się być konsekwentna. Ot, nowość 🙂

Rodzice

Lipiec 21, 2008

Czytałam sobie na forum wątek o Rodzicach. Tzn. czy wiedzą o chorobie, jak reagują, co robią z nami. Za życia Mamy nie powiedziałam Rodzicom. Nawet kiedy maniakalnie zaciągałam długi nie powiedziałam Tacie, z którym zawsze byłam mocno związana i który wiedział o większości moich problemów. Tydzień po śmierci Mamy powiedziałam mu o wszystkim. Chyba tak do końca nie chce wierzyć, że to choroba a nie dziwaczny charakter. Zwłaszcza, że musiałby przyznać, że sam też nie jest wolny od tych zaburzeń. Pogadaliśmy od serca. Oczywiście pierwszą reakcją Taty było, że mi pomoże spłacać długi. Poprosiłam go żeby tego nie robił, żeby mnie nie namawiał. Popełniłam cholerny błąd, działałam na szkodę Rodziny i powinnam ponieść wszystkie tego konsekwencje. Wie, że jest mi ciężko ale chyba docenia moją samodzielność. Może to najwyższa pora, żeby dorosnąć. Przestać uciekać od problemów, koniec z liczeniem że same się jakoś rozwiążą. Pora zmierzyć się z życiem. Może nauczę się czerpać satysfakcję z małych zwycięstw.

A najgorsze jest to, że po śmierci Mamy zdałam sobie sprawę ze śmiertelności Rodziców. Świadomość, że nie są wieczni spłynęła na mnie wraz ze świadomością, że Mama już nie wróci, że stało się nieuniknione. Do tej pory myślałam o tym co by się stało gdybym ja popełniła samobójstwo, co by odczuwał Tata. A teraz boleśnie zdałam sobie sprawę z tego, że muszę myśleć co ja zrobię gdy zabraknie Taty.

Mam swoją Rodzinę, mam Męża i Syna, których bardzo kocham i wierzę, że oni też darzą mnie ciepłymi uczuciami. Ale jednak bycie ukochaną córką jest najłatwiejszą rolą. Bycie bezwarunkowo kochaną jest takie miłe i proste. Tylko to może się niedługo skończyć. Dlatego tym bardziej muszę osiągnąć dojrzałość i wreszcie zachowywać się jak dorosła.

Dziś Tata jest w smutnym nastroju. Dziś bardzo się o niego martwię.

Fizjologia itp.

Lipiec 15, 2008

Im jestem starsza tym ciężej znoszę comiesięczną fizjologię. Jakby moje jajniki doszły do wniosku, że to ich ostatnie produkcje i należy mi to boleśnie uzmysłowić. W przeszłości przechodziłam te dni bezboleśnie i niezauważalnie. Dziwiłam się dziewczynom, które co miesiąc zmagają się z wielkim cierpieniem. A teraz sama tego doświadczam. Dwa dni wyjęte z życiorysu. A jeszcze, ze względu na przyjmowane leki, nie mogę się ratować aspiryną (która dla mnie do tej pory była dobra na wszystko). Zresztą leki ograniczają bardzo listę przeciwbólowych możliwych do łykania. Czyli póki ból pozwala mi jeszcze w miarę normalnie myśleć, staram się cierpieć w milczeniu. Faceci to mają dobrze. Nie dość, ze mogą sikać gdzie im przyjdzie ochota, to jeszcze są wolni od comiesięcznych problemów. No nic, byle do klimakterium 🙂

Wczoraj minęły 3 tygodnie od śmierci Mamy. Wydaje mi się, że bardziej świadoma jej odejścia na zawsze byłam aż do pogrzebu. Teraz mam wrażenie, że zaraz przyjdzie, że zadzwoni, że wyjechała na krótko. Widzę ją w każdej siwej kobiecie o podobnej budowie ciała. Ciągle ta Jej śmierć ma dla mnie zbyt wiele elementów bezsensu. Przecież teraz powinna zacząć chodzić o kulach, być może wychodzić na pierwsze spacery… I już nie śni mi się tak często. Na początku śniła mi się uśmiechnięta, sprawna, na spacerze z moją sunią.  To były naprawdę dobre sny.

W 2 dni po jej śmierci dostałam informację, że mam 2 nowe wiadomości na skrzynce głosowej. Kiedy zadzwoniłam okazało się, że są to nagrania z dnia przed i z dnia jej śmierci, kiedy z Tatą czekali na mnie w szpitalu. Nie rozłączyli się gdy włączyła się poczta i słychać było ich rozmowy. Wrażenie niesamowite. Dziewczyna Syna skomentowała: „A Dziadek mówił, że Babcia taka niezaradna. A Ona wzięła i zadzwoniła”.

Czekam kiedy czas zaleczy rany.

Szydełko

Lipiec 14, 2008

W niedzielę wybraliśmy się z Mężem pooglądać wyprzedaże. Stwierdziliśmy, że robienie zakupów w Stanach strasznie deprawuje. Wszystkie „obiżone” ceny były takie jak w sklepach w centrum Chicago. Nie wspomnę o cenach w autletach. Ech… Byłam w ukochanym espricie, ale spodobała mi się tylko jedna podkoszulka, tyle że nie na tyle by ją kupić. I wtedy mnie olśniła, że strasznie dawno nie zajmowała się dziergutkami. Kiedyś to uwielbiałam, potem minęło mi. Nadal rzeczy, które sobie wtedy zrobiłam są (nie chwaląc się) fajne i oryginalne. A że akurat byliśmy w Galerii Mokotów to udaliśmy się do mojej ulubionej pasmanterii. Znalazłam tam cudnej urody dzianinkę w kolorze oliwkowym (len + poliester). I oczywiście zaraz po powrocie dorwałam się do szydełka. Uwielbiam wygląd półsłupków, także tył będzie właśnie taki. A przód… no cóż, jeszcze nie wiem. Będzie to jakiś ażurowy wzór, ale póki co poszukuję czegoś atrakcyjnego. Akurat mam czas, bo plecy dopiero zaczęte. I do tego dokupiłam zielone koraliki, które mają ozdobić przód swetra. Obawiam się, że będę musiała jeszcze trochę dokupić 😉

No i co z tego, że sporo drożej niż podkoszulka? Ale ileż dostarczy mi satysfakcji.

Nastroju trwaj!

Praca

Lipiec 11, 2008

W zasadzie lubię swoją pracę. Czasem mnie cieszy, czasem wkurza. Czyli wszystko w normie. Co jakiś czas mam wizję znalezienia nowej, powrotu do zawodu. Ale zostaję i tak sobie funkcjonuję od… wielu lat. Czasem rano wstaję zadowolona, że pójdę do pracy i spotkam się z ludźmi. Niekiedy aż mnie wszystko boli jak pomyślę, że mam znowu tam iść. Ale generalnie jest mi dobrze. Nie mam problemu z urwaniem się kiedy potrzebuję (oprócz pogadanki pod tytułem: jeśli nie będzie pracy, albo coś się nie zdarzy). Zajmuje mi czas, wymusza aktywność. Choć męczy czasem.

Dziś przyjechał klient-maruda. Nudził i smęcił. 2 godziny wyjęte z życiorysu, bo trzeba było przekonać go, że nie ma racji. A jak przekonać kogoś kto się nie zna, że ze zdjęcia wyciągniętego ze strony internetowej nijak się nie da zrobić plakatu A-1? Męczące 🙂 Ale znowu satysfakcja, że się udało i nie spowodowałam kryzysu pt. „Ja jestem klient, ja wiem czego chcę, a wy to gówniana agencja, że nie potraficie z takich dobrych materiałów zrobić tego co chcę”.

A jutro weekend. Wyspać się, popatrzeć na zielone. Może skosić trawę i pobabrać się w ziemi. Zobaczymy.

Urlop od życia

Lipiec 9, 2008

Jestem zmęczona do bólu, do tego zniechęcona, smutna i przygnębiona. Ciągle walczę z lękami. Staram się jak najlepiej wykonywać konieczne czynności. Iść krok po kroku, osiągnąć małe sukcesy, nie porywać się na nic skomplikowanego. Wstać, umalować się, umyć głowę, pracować, zrobić obiad. Najchętniej bym ciągle spała. Staram sobie dawać sobie radę z codziennością. Chcę mieć znowu marzenia, chcę mieć cel… Nie chcę czuć się do niczego, nie chcę gigantycznego poczucia winy. Chcę być normalna. Jestem beznadziejna, niedojrzała, nie spełniam niczyich oczekiwań. Zasnąć i obudzić się inna, zwyczajna, normalna. Pozostaje tylko nadzieja, że w następnym wcieleniu będę kimś lepszym. Ale to już niczego nie wynagrodzi moim najbliższym, to już nie naprawi wyrządzonych krzywd. Jestem zbędna!

Recepty

Lipiec 3, 2008

I po co ja polecałam swoją świrolożkę na forum? Żadnych wolnych miejsc do 24.07. Empatii mi się zachciało, wspierać innych 😉 Będę dziś między pacjentami stała i próbowała się wcisnąć, żeby popatrzyła na wyniki eeg i zdecydowała czy mogę dostać lamo na zniżkę.

Wolałabym z nią pogadać, ale szanse marne. Nie mogę się pozbierać a chcę… Ona mówi, że jak na swoją chorobę (zaawansowanie, objawy) to całkiem nieźle daję sobie radę.  Może i tak… choć nie jestem tego tak bardzo pewna. Tylko moje „dawanie sobie rady” nie zawsze jest dobre i do przyjęcia dla najbliższych…

Życie toczy się dalej, oprócz najbliższych nikt nie odczuł, że Jej już nie ma… a przecież świat coś stracił 😦

Tranxane a lęki

Lipiec 1, 2008

Cóż, od pogrzebu dopadają mnie ataki paniki a lęk towarzyszy mi prawie stale. Jest to bardzo dziwne wrażenie: z jednej strony totalne zobojętnienie na pograniczu depresji a drugiej trzęsiawka lękowa. Pacyfikuję się Tranxane, choć staram się to robić jak najrzadziej (myśl o uzależnieniu). Mam jednak wrażenie, że pomagając doskonale na lęki, wzmaga tendencję do upadania. Sama nie wiem co lepsze.

Znam etapy żałoby, wiem że normalne są moje reakcje (te które są normalne, bo nie wszystkie). Rozpacz, złość, negacja i w końcu pogodzenie się.

Śni mi się Mama, dobrze mi się śni. Jest spokojna, może nieco smutna.  A wbrew wszystkiemu to tylko pogłębia moje lęki.

Muszę się wybrać do świrologa, może tam mi się wszystko we łbie poukłada.

Najbardziej mnie męczy, że kiedy Mama umierała ja nie byłam tuż obok, nie trzymałam jej za rękę, nie pożegnałam się. Byłam blisko, ale wzywałam karetkę, wydzwaniałam, żeby ich pośpieszyć, czekałam by ich skierować we właściwe miejsce.

Pogrzeb odbył się tak jak chciała. Bez pompy, świecki, bez wiązanek, tylko z jej ulubionymi kwiatami. Urna spoczeła w grobie, który stanie się naszym grobem rodzinnym.

Teraz toczy się śledztwo. Zmarła niespodziewanie, kiedy nic nie wskazywało że tak może się stać. Nie chorowała na nic co mogłoby wywołać zatorowość. Zobaczymy.

Tata jakoś sobie radzi, staramy się go angażować w różne sprawy, byle nie tkwił w domu. Byli bardzo ze sobą związani. Powiedział, że dobrze że nas ma. Boję się o niego.