Archive for Czerwiec 2008

Mama nie żyje

Czerwiec 24, 2008

Mimo cudownego samopoczucia, optymizmu… Marzyła by wrócić do domu, nie udało się. Zmarła na klatce schodowej, jedno piętro od mieszkania.

Tak bardzo jej brakuje. Nie była ideałem. Czasem naiwna, aż śmieszna w swoich poglądach. We wszystkich widziała tylko dobre strony. A teraz jej nie ma.

Zawsze będę Cię kochać!

Reklamy

Zrobiłam EEG

Czerwiec 12, 2008

Skierowanie dostałam na poprzedniej wizycie. Nieprawidłowości = zniżkowa lamotrygina. Coś mi wyszło. Czy to coś oznacza, nie bardzo wiem. Zadałam pytanie na forum (póki co bez odpowiedzi), pewnie dziś się wybiorę do doktórki. Może między pacjentami zinterpretuje mi wyniki. Z jednej strony fajnie by było płacić mniej (zamiast 150 PLN miesięcznie), z drugiej wcale nie fajnie jest mieć oprócz ChAD-u jeszcze walnięty mózg. Niby czad to niewłaściwe przewodzenie neuroprzekaźników, ale to jednak co innego niż nieprawidłowe fale mózgowe. W sumie, nie znam się na tym, więc to co napisali w wyniku nie musi nic oznaczać.

Nie będę się przejmować na zapas. Staram się trzymać listy rzeczy ważnych i mało ważnych. A martwienie się na zapas jest dość nisko w hierarchii.

Najważniejsze, że Mama czuje się coraz lepiej. Ładnie chodzi i ma znakomity humor. I tak trzymać i brać z niej przykład. Nigdy nie myślałam, że moja pesymistyczna i histeryczna Mamuśka tak dobrze sobie poradzi z tak trudną sytuacją. „Wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono”. Trzymam za nią kciuki 🙂

Leki są dobre, tylko ludzie do dupy (cyt. Beatrix)

Czerwiec 5, 2008

Świrolog zaleciła wczoraj zwiększenie dawki lamo do 200 mg/doba, nadal Seronil i dodatkowo w czasie kryzysu Tranxene. Gadała ze mną długo, prawie godzinę. Udaje mi się pomalutku nawiązywać do najczarniejszych momentów mojej żałosnej egzystencji. W rozmowie wynikła sprawa, co by się stało gdyby Mąż jednak mnie zostawił (bo wpadłabym w kolejną ostrą manię), powiedziałam że pewnie bym się zabiła. Ona zapytała w jaki sposób. Jakoś z różnych opcji najbardziej pasuje mi podcięcie sobie żył w gorącej kąpieli. I wtedy ona zapytała: „A kto cię znajdzie?”. I wtedy zdałam sobie sprawę, że tą osobą może być mój Syn.  Poprosiła, żebym wyobraziła sobie jego odczucia. Żebym wyobraziła sobie poczucie winny jakie do końca życia będzie towarzyszyć rodzinie samobójcy. Podziałało, myśli o zakończeniu mojej żałosnej egzystencji odpłynęły. Ale żeby mi ulżyć dołożyła neuroleptyka na pociechę i wyluzowanie. Szukam teraz o nim informacji, bo ja lubię wiedzieć 😉

Dostałam skierowanie na EEG, bo może wyjdą mi jakieś drobne nieprawidłowości to będzie mogła dać mi lamo na zniżkę dla przewlekłych. Dobra kobieta z tej mojej doktórki.

Moja Mamuśka już po operacji. Czuje się całkiem nieźle, choć oczywiście boli ją ta noga. Ale jest dzielna i szczęśliwa, że już może być tylko lepiej. Tata też jakoś wraca do siebie po tych nerwach przed Mamy operacją.

I tak jakoś się turlam do przodu. Choć lepsze byłoby stwierdzenie, że podskakuję jak piłka: raz w górze, raz na ziemi. Może ta podniesiona dawka lamo zadziała, a jak nie to będę musiała zażyć to świństwo na lęki. Ale przecież leki są dobre 🙂

Co za dzień

Czerwiec 3, 2008

Głupio twierdziłam, że w dzień spokojny bo w pracy nic się specjalnego nie działo. To znaczy bujało mną ostro, ale nie zaliczyłam żadnych wpadek.

Rano moja Mama udała się do szpitala celem poddania się planowanej operacji biodra. Nie obyło się bez komplikacji. To skierowanie to nie takie, brakuje konsultacji… Mama cała w nerwach. Czekała na tą operację 11 miesięcy, prawie już nie chodzi a tu takie dodatkowe nerwy. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Jest już na oddziale, dziś badania a jutro profesorski obchód i decyzja o terminie operacji. Dziś jadę ją odwiedzić (wczoraj była u niej Siostra i Tata). Bardziej niż o Mamę, która ma bardzo pozytywne nastawienie do operacji (bo generalnie to jest raczej pesymistką), martwię się o Tatę. Jakoś tak znowu wygląda mi depresyjnie a jeszcze ma problemy z koncentracją i orientacją. Ech, jak nie urok to przemarsz wojska.

A późnym wieczorem wyprawa do szpitala z Teściową. Znowu to samo. Przestaje pić, zaczyna wzrastać mocznik, postępuje zatrucie organizmu i narasta niewydolność nerek. 4 godziny spędziliśmy na izbie przyjęć, godzinę na oddziale po przyjęciu jej (rozmowa z lekarzem) i myk-myk o północy byliśmy już w domu. Od wczoraj ją nawadniają i już P. mówił, że lepiej brzmi. Wypiszą ją pewnie po kilku dniach, jak tylko parametry krwi wrócą do normy i będą ze 2 tygodnie spokoju a potem polka od nowa. Przestajemy już mieć pomysły jak na nią wpływać. Chyba trzeba będzie jednak pomyśleć o jakimś domu opieki 😦

I w tym wszystkim ja. Rozchwiana, rozdygotana, z jazdami w różne strony. Staram się być oparciem dla Męża, dla Ojca, dla siebie… tylko boję się, że skończy się to wpadnięciem w którąś z faz.

W czwartek idę do lekarza, niech coś z tym zrobi bo zmęczona już jestem sobą. Mam nadzieję na skuteczną terapię zaordynowaną mi czym prędzej. BYLE NIE SZPITAL!!!

PS. Mama ma już termin operacji – JUTRO!

Czy będzie kiedyś zwyczajnie, czy będzie kiedyś normalnie?

Czerwiec 2, 2008

Czasem mam wrażenie, że jestem już w remisji. I im bardziej się tak czuję, tym bardziej zaskakują mnie bujnięcia w którąś ze stron. A nie da się ukryć, że moje długie, wielomiesięczne fazy zmieniły się w krótkie, niepokojące szarpnięcia. Może jednak za mało tego cholernego stabilizatora? Skąd te lęki, zimny pot i skurcz żołądka? Czego tak bardzo się boję? Tego, że dopadnie mnie przeszłość i zniszczy przyszłość, czy tego że zniszczę przyszłość albo przyszłość zniszczy mnie? Dlaczego te wszystkie odczucia są tak strasznie irracjonalne? P. nauczył się już widzieć moje odloty i konsekwentnie zaczyna drążyć co jest grane. Na moje „nic, wszystko w porządku” nie odpuszcza. Zmusza mnie do rycia w emocjach do momentu aż sama zauważę problem i dojdę co sobie wykąbinowałam w tej mojej chorej mózgownicy. Kiedyś odczekiwał do momentu, aż znajdziemy się w domu albo w jakimś ustronnym miejscu, teraz już nie. Jeśli dopada mnie to w sklepie to zaczyna już wtedy. I to chyba działa. Choć w pierwszym momencie mam ochotę wrzasnąć, żeby mi dał spokój, że nic się nie dzieje. Ale potem zaczynam drążyć sama swoje myśli, pomalutku uczę się je artykułować. A wtedy mój Mąż spokojnie podaje mi na tacy logiczne wyjście z sytuacji. Tak cudownie proste 😉 A potem dodaje: „Zapisz to sobie w pamięci długoterminowej”. I staram się zapisywać.

Tak się składa, że jednak częściej mnie buja w górę. Wynika z tego, że mam typowy chad I.

Coraz częściej jest tak, że ze względu na regularne spłaty rat kredytu i kart, dzwonią do mnie z banków proponując a to powiększenie limitów, a to nową kartę. Zaczynam popadać w panikę widząc swoje reakcje. Czy jestem w manii i dlatego tak mnie rajcuje możliwość posiadania nowych możliwości finansowych i niekontrolowanego ich wydawania? Czy możliwość posiadania nowych środków finansowych wywołuje u mnie manię? Póki co się trzymam. Wspierana przez Męża, którego nie omieszkałam poinformować o tym co czuję. Zapewnia mi on kontrolę nade mną i pilnuje kart. Dwie o największym oprocentowaniu już zlikwidowałam i teraz tylko spłacam zadłużenie. Ale jeszcze trochę mi zostało. Bardzo cenię sobie rówież wsparcie naszego forum. Są tam ludzie, którzy znają takie jazdy z autopsji i potrafią mną potrząsnąc w razie potrzeby. Dziwne bo niektórzy stali mi się bliscy jak najlepsi przyjaciele. Są też tacy, których staram się rozumieć ale są mi równie dalecy psychicznie jak ufolutki. Wierzę jednak, że w razie kryzysów oni mi powiedzą, że czas odwiedzić świrologa;)

Cały weekend spędziliśmy na łonie natury. Pielenie, przekopywanie, sadzenie. Było fantastycznie! Zmęczyłam się fizycznie (bolą mnie ramiona 😉 ), nie odbierałam telefonów, nie włączałam kompa. W wolnych chwilach leżałam na trawie i wystawiałam ciało do słońca (co pewnie wywołałoby jęk mojego onkologa, gdyby tylko wiedział co robię), czytałam i popijałam zimne piwo do dań z grilla. Wypróbowaliśmy danie rodem z „Rodizzio”, czyli ananasa z grilla. Był doskonały 🙂 I tak niestety minęły dwa cudowne, ciepłe dni a dziś znowu siedzę w robocie. Na dokładkę musiałam z samego rana wykonać nielubianą czynność: dokonać przelwów na te wszystkie cholerne długi. Ale co tam, jednak mi ulżyło.