Dzień za dniem…

Całkiem niedawno był długi weekend. Teściowa tuż przed jego początkiem uszczęśliwiła nas kolejną wycieczką do szpitala na Banacha. Od zeszłorocznej operacji to już 9 pobyt w szpitalu. Generalnie trafia tam na własne życzenie, ale nie da sobie tego wytłumaczyć. Widzę jak bardzo P. jest już tym zmęczony. Zaczyna obojętnieć, pozornie, bo w środku te emocje w reakcji na jej agresywne zachowania, aż go rozrywają.

Jestem niepoprawna politycznie, przyznaję się do coraz większej niechęci do niej. Nie potrafię się zmusić ani do współczucia ani do zrozumienia. Wiem, była ciężko chora. Ale obecnie wszystko co się z nią dzieje robi sobie sama. Przy jej chorobie wystarczyłoby przestrzegać reguł (fakt, dość ostrych), aby nie mieć dolegliwości i nie trafiać raz w miesiącu na oddział szpitalny. I to tylko w jednym celu: nawodnienie, które wyrównuje parametry nerkowe.

Kilka razy, przy ostrych nawrotach, gdy jej już totalnie odwalało, sugerowałam P. znalezienie jakiegoś ośrodka gdzie byłaby pod stałą kontrolą. Nawet trochę pojeździliśmy, posprawdzaliśmy. Niestety gdy tylko jej się trochę poprawia On rezygnuje z tego pomysłu. Mijają 2 tygodnie od wyjścia ze szpitala i polka zaczyna się od nowa. Pogarszające się wyniki, zatrucie organizmu i jazdy psychiczne, odmowa pójścia do szpitala, za chwilę pilne odwożenie do szpitala bo sytuacja jest już tragiczna. I tak pewnie będzie do usranej śmierci, chyba że wcześniej P. zdecyduje się na bardziej radykalne kroki. Żeby ją umieścić w szpitalu w momencie gdy tylko zaczyna się dziać źle, trzeba ją ubezwłasnowolnić. Pewnie w którymś momencie okaże się to niezbędne, żeby ratować jej życie.

A wystarczyłoby pić 3 litry wody dziennie 😦

Ale wracając do długiego weekenda 😉 było cudownie. Daliśmy sobie do wiwatu pracami fizycznymi. Umycie okien w mieszkanku (a trochę ich mamy), nakupiliśmy roślinek, które posadziliśmy w Ursusie. Było koszenie i szlifowanie mebli drewnianych, a potem ich malowanie. Były przytulanki i kochanie.

Była zwyczajna bliskość.

Zadziwia mnie, jak leki zmieniły moje postrzeganie rzeczywistości. Jak bardzo ekscytujące mogą być zwyczajne zdarzenia, jak fajnie jest się obudzić rano i mieć zaplanowany dzień. Bałam się panicznie normalności, ale widzę, że nie taki diabeł straszny. Ta zwyczajna normalność zaczyna mnie wciągać, podoba mi się. Stąpam po ziemi i widzę, że naturalne kolory są piękniejsze niż te w manii, że ludzie są cudowni gdy chce się ich wysłuchać a nie żądać posłuchu. Że lubię mój świat bez intensywnych wizji i psychoz. A przede wszystkim jestem zaskoczona tym co i jak odczuwam w stosunku do faceta z którym jestem ponad 23 lata. Czy można się zakochać w Mężu, który jest niezależnie od tego co mu zrobiłam? Chyba można 🙂 Bo tak właśnie się czuję, jakbym dopiero zobaczyła jaki jest naprawdę, jak mi z nim dobrze w każdej sferze życia.

Powtarzam jak mantrę: niech tak będzie, niech zawsze tak będzie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: