Jeju, jak się cieszę…

Jakoś ciężko było mi wrócić do pisania. Z jednej strony było po prostu dobrze, z drugiej działo się, ale takie życiowe sprawy jak u wszystkich „normalnych”. Oczywiście nie było cukierkowo, ale nie było źle. I chyba taki stan normalności najtrudniej jest opisać. Muszę przyznać, że ten zestaw leków ustawił mnie na bardzo ładnym poziomie. Generalnie jestem na lekkiej, nieszkodliwej górce. Czasem dopada dół i wtedy widzę jak P. na mnie patrzy, jak boi się tego co się ze mną dzieje. Czasem przychodzi lęk straszliwy, ale na szczęście znika szybko. Nie wpadam na szczęscie w manię i to cieszy wszystkich wokoło. Nie wyszłam jeszcze z finansowego doła i trochę mi jeszcze zajmie czasu nim będę wolna od długów. Ale spłaty idą mi coraz lepiej, coraz łatwiej zachować mi dyscyplinę i ograniczenia z niej wynikające. Zresztą P. bardzo mnie wspiera, pozwalamy sobie na szaleństwa. Dobra knajpa, fajny ciuch i najważniejsze: rośliny na balkon 🙂 Ale też pozwalam mu się przekonać do Ursusa. Dom z pięknym ogrodem (zaczynaliśmy razem, ale potem ja w swojej manii uciekłam od tego). Teraz znowu mnie cieszy to co tam razem robimy.

Nie mogę się jednak przekonać do jego matki. Kiedyś uważałam, że za bardzo się od niej uzależnia (ale tak na zimno to była moja dziwaczna wizja). Teraz gdy od roku choruje, gdy przytłacza wszystkich swoimi dolegliwościami i psychicznymi jazdami, jeszcze trudniej mi się do niej przekonać. Pomagam P. się nią zajmować, jestem przy nim i go wspieram… ale nie lubię jej, tak jak zawsze jest dla mnie obca. Zawsze była skupiona wyłącznie na sobie a teraz to się tylko pogłębiło.

A jeśli chodzi o nasze małżeństwo. Każdego dnia proszę by udało mi się nic nie spieprzyć. Od kiedy moje postrzeganie świata nie jest obciążone ani czernią depresji, ani nadmiarem światła manii widzę z jakim wspaniałym człowiekiem się związałam.

Na nowo odkrywam wszystko co można razem robić, co sprawia radość. Że można siedzieć obok siebie i nic nie mówić, a cisza nie będzie ciążyć. Że można muskać się delikatnie nie chcąc zwierzęcego seksu. Tyle pięknych chwil straciłam, pozwalając aby mój mózg wyczyniał ze mną te wszystkie brewerje. O ileż przyjemniejsze i cudowniejsze życie moglibyśmy sobie stworzyć gdyby nie moja choroba. Chcę nadrobić stracony czas, chcę cieszyć się każdą chwilą… Wierzę, że tej ostatniej szansy nie spieprzę, że wykorzystam ją do cna… Oby.

Tylko, żeby to moje zauroczenie Mężem nie przerodziło się w stan maniakalny 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: