Archive for Maj 2008

Było spotkanie, mnie tam nie było

Maj 27, 2008

24.05. odbyło się spotkanie mojej klasy z liceum. Umawiane od 3 miesięcy. Potem jakoś ucichło, potem się przypomniało. Jako moderatorka strony w naszej klasie, zaproponowałam miejsce. Nawet trochę je zorganizaowałam. Wydawało mi się, że mam na nie ogromną ochotę… Cóż… Zakładając stronę byłam w hipo, spotkanie z osobami sprzed 24 lat niebywale mnie rajcowało. Wprost nie mogłam się doczekać. Ileż to ja miałam wizji jak ono przebiegnie, jak będę błyszczeć blaskiem diamentów, jak znowu będą z podziwem patrzeć i czekać na moje niebywałe pomysły. A potem przyszła pani czarna depresyjna, a potem normalność. A z nią wspomnienie… Początki ostrej choroby, manie i depresje. Dzikie pomysły, porzucanie przyjaciół, odwracanie się od ludzi, obsesyjna miłość do człowieka z gruntu złego. Przestraszyłam się, nie czułam się na siłach zmierzyć się z przeszłością. Nie wiem czy to ten lęk, czy faktycznie zachorowałam, ale w piątek zaczęły mi się intensywne objawy przeziębienia (nawet z temperaturą). W sobotę czułam się tak źle, że przespałam 30 godzin… i rano w niedzielę wstałam jak nowonarodzona. No i co to było?

Reklamy

Wakacje:)

Maj 9, 2008

No to znikam na tydzień 🙂 W niedzielę ląduję na Krecie 🙂 Wszystko pozałatwiane. Wczoraj byłam u lekarki po receptę na dropsy psychotropowe. Myślałam, że wpadam tylko na chwilę a ona przesłuchała mnie, wyciągnęła opowieść o środowych problemach i zasugerowała zwiększenie lamo do 200. Stwierdziła, że widzi że jednak mnie buja i zawsze bardziej w stronę manii i dlatego powinnam brać stabilizatora więcej. Dogadałyśmy się jednak, że zrobię to dopiero po powrocie. Dziś odbiorę zamówione leki i zostanie już myśleć tylko o wyjeździe.

Pozdrawiam czytaczy cieplutko 😉

Emocje

Maj 8, 2008

Czy ten mój pobabrany mózg nie może działać normalnie? Wczorajsza dzika radość, podniecenie około godziny 18 zmieniło się w panikę ciągnącą w czarną dziurę. Twierdziłam, że radosne emocje są super i nie mają nic wspólnego z manią. A tu nagle upadek w stylu dwubiegunowym: mania-depresja 😦 O co qwa chodzi? Uważam, że moja radość była całkiem uzasadniona i wypływająca z realnych podstaw, więc dlaczego mój mózg tak nie uważa? Na grzyba zafundował mi jazdę w dół? Mąż patrzył na mnie jak na wariata (poniekąd słusznie). Bo zamiast prezentować postawę radosną i sympatyczną, ja zrobiłam się ponura i zamknięta w sobie. A co wywołało takie głupie zmiany? To, że ja wymyśliłam sobie sobotę przeznaczoną na sprzątanie, prasowanie, pakowanie, a on powiedział, że podjedziemy do Ursusa. A najgorsze, że ma rację. Wyjeżdżamy na tydzień: trzeba zrobić zakupy dla nas i dla teściowej na tydzień (że nie wspomnę o wyposażeniu Młodego na tydzień nieobecności kochanych rodziców), trzeba skosić trawę, dokończyć szlifowanie i malowanie stołu (bo inaczej do naszego powrotu zgnije ze szczętem). A potem wrócić do domu i spokojnie dokończyć prasowanie i zrobić sprzątanie. A pakowanie? Od zawsze zajmuje mi góra godzinę. W takiej sytuacji najtrudniej mi się zdobyć na słowne wyrażenie miotających mną emocji. Ale P., dla własnego zdrowia psychicznego też, wymusza bezwzględnie na mnie rozmowę. I to mnie wczoraj wieczorem sprowadziło na ziemię. Gdy wreszcie wyartykułowałam te bzdury miotające się w mojej biednej głowie i wysłuchałam jego racjonalnych argumentów, okazało się, że nie ma żadnych podstaw do strachu i złości. I, cholera, poczułam że normalna rozmowa ma w moim przypadku znaczenie terapeutyczne. POMOGŁO! Fakt, trochę to potrwało. No ale przecież nic nie przychodzi łatwo. Co ciekawe moja „radosność” w dniu dzisiejszym ma zupełnie inny wymiar. Te same emocje, które pojawiły się wczoraj w jakimś absurdalnym nasileniu, dziś są na bardzo wysokim poziomie, ale jakoś inaczej. Czyżby jednak to co czułam wczoraj było iracjonalną i hipomaniakalną radością? Taką w pewnym stopniu nieprawdziwą, wywołaną nadmiarem wyładowań elektrycznych w zwojach mózgowych? Ech… czyli wbrew moim poglądom ta moja stabilizacja nie jest taka okrzepła jakbym chciała 😦

No coż, trudno mi się zdobyć na akceptację swoich zachowań. Zwłaszcza kiedy we względnej normalizacji uczuć mogę już na siebie spojrzeć z boku, w miarę obiektywnie. Widzę wtedy irracjonalność swoich emocji, ich dziwne natężenie. Może powinnam jednak brać więcej stabilizatora? Ok, pomyślę o tym po urlopie. Bo mimo, że nie podobało mi się moje wczorajsze „ja” nie mogę pojechać na wymarzony urlop totalnie spacyfikowana i zamulona. Prawda? 😉

Gdzie wyspy toną w błękitach, gdzie Bóg zapomniał o grudniu i zawsze gra muzyka…

Maj 7, 2008

Marzenia czasem się spełniają 🙂 Od 2 lat śnię o urlopie i wreszcie stało się! w niedzielę o 8.55 (planowo) wsiadamy do samolotu, który w 2 godz. i 30 min. dostarczy nas (mam nadzieję w jednym kawałku) do Heraklionu, stolicy Krety. Tam oczekiwał będzie samochodzik marki suzuki jimny 4×4 i ruszamy w podróż po ukochanych zakątkach 🙂 Lotnisko powita nas gorącym powietrzem i bezchmurnym niebem, a góry wokoło będą pachnieć tymiankiem. A potem wsiądziemy do samochodu i pojedziemy do Agia Pelagi gdzie mamy zarezerwowany apartament. Nad samiutkim morzem. I choć będziemy tam tylko nocować i to nie zawsze, to cieszę się, że będzie budził nas szum morza.

Będziemy jeździć na południe, będziemy się spotykać ze znajomymi i poznawać nowych, będziemy łazić po górach i przesiadywać w tawernach. Patrzeć na morze i słuchać cykad w oliwkach…

I tak sobie myślę, że jestem przeszczęśliwa, że mi tak lekko i kocham cały świat. Ciekawe, czy gdybym w tym stanie ducha udała się do świrologa czy postanowiła by mnie spacyfikować jakąś mega dawką stabilizatora, albo innego świaństwa. Odebrałaby mi pewnie też antydepresanta. I tak sobie myślę, czy naprawdę każdy dobry nastrój (typowo reaktywny) należy w przypadku chadersów rozpatrywać jako popadanie w manię? Chyba możemy się szaleńczo cieszyć nie wpadając w szaleństwo? Zresztą dla własnego bezpieczeństwa psychicznego nie mam zamiaru pokazywać się pani doktor. Zadzwonię tylko, żeby wystawiła mi receptę na leki. Dzięki temu będę się mogła spokojnie pławić w radości i podnieceniu wyjazdem 😉

Dzień za dniem…

Maj 6, 2008

Całkiem niedawno był długi weekend. Teściowa tuż przed jego początkiem uszczęśliwiła nas kolejną wycieczką do szpitala na Banacha. Od zeszłorocznej operacji to już 9 pobyt w szpitalu. Generalnie trafia tam na własne życzenie, ale nie da sobie tego wytłumaczyć. Widzę jak bardzo P. jest już tym zmęczony. Zaczyna obojętnieć, pozornie, bo w środku te emocje w reakcji na jej agresywne zachowania, aż go rozrywają.

Jestem niepoprawna politycznie, przyznaję się do coraz większej niechęci do niej. Nie potrafię się zmusić ani do współczucia ani do zrozumienia. Wiem, była ciężko chora. Ale obecnie wszystko co się z nią dzieje robi sobie sama. Przy jej chorobie wystarczyłoby przestrzegać reguł (fakt, dość ostrych), aby nie mieć dolegliwości i nie trafiać raz w miesiącu na oddział szpitalny. I to tylko w jednym celu: nawodnienie, które wyrównuje parametry nerkowe.

Kilka razy, przy ostrych nawrotach, gdy jej już totalnie odwalało, sugerowałam P. znalezienie jakiegoś ośrodka gdzie byłaby pod stałą kontrolą. Nawet trochę pojeździliśmy, posprawdzaliśmy. Niestety gdy tylko jej się trochę poprawia On rezygnuje z tego pomysłu. Mijają 2 tygodnie od wyjścia ze szpitala i polka zaczyna się od nowa. Pogarszające się wyniki, zatrucie organizmu i jazdy psychiczne, odmowa pójścia do szpitala, za chwilę pilne odwożenie do szpitala bo sytuacja jest już tragiczna. I tak pewnie będzie do usranej śmierci, chyba że wcześniej P. zdecyduje się na bardziej radykalne kroki. Żeby ją umieścić w szpitalu w momencie gdy tylko zaczyna się dziać źle, trzeba ją ubezwłasnowolnić. Pewnie w którymś momencie okaże się to niezbędne, żeby ratować jej życie.

A wystarczyłoby pić 3 litry wody dziennie 😦

Ale wracając do długiego weekenda 😉 było cudownie. Daliśmy sobie do wiwatu pracami fizycznymi. Umycie okien w mieszkanku (a trochę ich mamy), nakupiliśmy roślinek, które posadziliśmy w Ursusie. Było koszenie i szlifowanie mebli drewnianych, a potem ich malowanie. Były przytulanki i kochanie.

Była zwyczajna bliskość.

Zadziwia mnie, jak leki zmieniły moje postrzeganie rzeczywistości. Jak bardzo ekscytujące mogą być zwyczajne zdarzenia, jak fajnie jest się obudzić rano i mieć zaplanowany dzień. Bałam się panicznie normalności, ale widzę, że nie taki diabeł straszny. Ta zwyczajna normalność zaczyna mnie wciągać, podoba mi się. Stąpam po ziemi i widzę, że naturalne kolory są piękniejsze niż te w manii, że ludzie są cudowni gdy chce się ich wysłuchać a nie żądać posłuchu. Że lubię mój świat bez intensywnych wizji i psychoz. A przede wszystkim jestem zaskoczona tym co i jak odczuwam w stosunku do faceta z którym jestem ponad 23 lata. Czy można się zakochać w Mężu, który jest niezależnie od tego co mu zrobiłam? Chyba można 🙂 Bo tak właśnie się czuję, jakbym dopiero zobaczyła jaki jest naprawdę, jak mi z nim dobrze w każdej sferze życia.

Powtarzam jak mantrę: niech tak będzie, niech zawsze tak będzie…

Jeju, jak się cieszę…

Maj 5, 2008

Jakoś ciężko było mi wrócić do pisania. Z jednej strony było po prostu dobrze, z drugiej działo się, ale takie życiowe sprawy jak u wszystkich „normalnych”. Oczywiście nie było cukierkowo, ale nie było źle. I chyba taki stan normalności najtrudniej jest opisać. Muszę przyznać, że ten zestaw leków ustawił mnie na bardzo ładnym poziomie. Generalnie jestem na lekkiej, nieszkodliwej górce. Czasem dopada dół i wtedy widzę jak P. na mnie patrzy, jak boi się tego co się ze mną dzieje. Czasem przychodzi lęk straszliwy, ale na szczęście znika szybko. Nie wpadam na szczęscie w manię i to cieszy wszystkich wokoło. Nie wyszłam jeszcze z finansowego doła i trochę mi jeszcze zajmie czasu nim będę wolna od długów. Ale spłaty idą mi coraz lepiej, coraz łatwiej zachować mi dyscyplinę i ograniczenia z niej wynikające. Zresztą P. bardzo mnie wspiera, pozwalamy sobie na szaleństwa. Dobra knajpa, fajny ciuch i najważniejsze: rośliny na balkon 🙂 Ale też pozwalam mu się przekonać do Ursusa. Dom z pięknym ogrodem (zaczynaliśmy razem, ale potem ja w swojej manii uciekłam od tego). Teraz znowu mnie cieszy to co tam razem robimy.

Nie mogę się jednak przekonać do jego matki. Kiedyś uważałam, że za bardzo się od niej uzależnia (ale tak na zimno to była moja dziwaczna wizja). Teraz gdy od roku choruje, gdy przytłacza wszystkich swoimi dolegliwościami i psychicznymi jazdami, jeszcze trudniej mi się do niej przekonać. Pomagam P. się nią zajmować, jestem przy nim i go wspieram… ale nie lubię jej, tak jak zawsze jest dla mnie obca. Zawsze była skupiona wyłącznie na sobie a teraz to się tylko pogłębiło.

A jeśli chodzi o nasze małżeństwo. Każdego dnia proszę by udało mi się nic nie spieprzyć. Od kiedy moje postrzeganie świata nie jest obciążone ani czernią depresji, ani nadmiarem światła manii widzę z jakim wspaniałym człowiekiem się związałam.

Na nowo odkrywam wszystko co można razem robić, co sprawia radość. Że można siedzieć obok siebie i nic nie mówić, a cisza nie będzie ciążyć. Że można muskać się delikatnie nie chcąc zwierzęcego seksu. Tyle pięknych chwil straciłam, pozwalając aby mój mózg wyczyniał ze mną te wszystkie brewerje. O ileż przyjemniejsze i cudowniejsze życie moglibyśmy sobie stworzyć gdyby nie moja choroba. Chcę nadrobić stracony czas, chcę cieszyć się każdą chwilą… Wierzę, że tej ostatniej szansy nie spieprzę, że wykorzystam ją do cna… Oby.

Tylko, żeby to moje zauroczenie Mężem nie przerodziło się w stan maniakalny 😉