Archive for Luty 2008

popieprzyło mi się w głowie…

Luty 16, 2008

Jestem w depresji… znowu. Na dodatek galopującej. Czy to odejście od antydepresanta, czy też wizja całkiem realnego odejścia Męża? Co jest bardziej winne? Co ma większy wpływ? A może jak zwykle nic, może to tylko wariacja mózgu na temat dołowania nosiciela? Jak długo jeszcze wytrzyma? Czasem naprawdę postrzegam swój mózg jako pasożyta a siebie jako jego nosiciela. Ale przecież żaden rozsądny pasożyt nie zabija żywiciela. A mój zachowuje się czasem tak jakby miał mnie dość i szukał możliwości przeniesienia się na nowego karmiciela. Faktycznie czwartk wieczór był dniem bardzo poważnej rozmowy z P., ale ja nie zareagowałam jak normalny człowiek. Nie potrafiłam mówić racjonalnych argumentów. Jedyna co mogłam, to wpaść w bezdenną dziurę. Panika, strach, potoki łez. Zero racjonalności i normalności. Szczytowe stadium paranoii. Miałam nadzieję, że jednak następnego dnia to minie, że wróci (wywołane przez stabilizatory) poczucie realności. Nic z tego. Neuroprzekaźniki nie odzyskały prawidłowego kierunku ani normalnej siły działania. Postanowiły, że najfajniej będzie jak sobie pofolgują pedałując w dół. W pracy szef od razu zauważył, że coś jest nie tak. Wyłączył mnie z podstawowego nurtu spraw. Mogłam dzięki temu trwać w kąciku i pozwolić sobie na brak jakiejkolwiek racjonalności.

Ale wystarczyło wrócić do domu i usłyszeć takie zwyczajne pytanie P. co czujesz, jak ci pomóc, co mam zrobić. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu miałam poczucie, że mnie nie atakuje, że naprawę chce zrozumieć co się dzieje. A ja? Dukałam jakieś banały bez ładu i składu. Czułam jak ten cholerny pasożyt robi ze mnie roztrzęsioną galaretę. Jak śmiejąc sięw mojej głowie wypomina mi wszystkie grzechy przeszłości. Jak cholernie łatwo przychodzi mu zdeptanie mnie i wykazanie, że moja egzystencja nie ma żadnego uzasadnienia. Gdzieś w głębi słyszałam głos, który podpowiadał jak łatwo i przyjemnie powinnam skończyć ze swoim żałosnym pobytem na świecie. Potem poszliśmy do przyjaciół. Rozmawiałam, nawet się śmiałam, ale czułam się jak zawieszona między tą chwilą a moim ja. Jakby poszedł tam  tylko jakiś mój fragment, a reszta została w domu opłakiwać swoją żałosną egzystencję. To nie jest tak, że przemawia przeze mnie mój egoizm i nadmierne poczucie wartości. Bo te akurat w tym momencie mam na poziomie -10, ale nie potrafię się oderwać od bólu i strachu, nie potrafię wyjść poza ten zaklęty krąg. Najchętniej zakopałabym się gdzieś głęboko, żeby nie ranić innych swoim stanem. A jeszcze dziś musiałam pojechać do Rodziców. Czyli znowu ubierać maskę normalności i dobrego samopoczucia. Dlaczego? Bo Tatę do cna by zdołował mój nastrój, a Mama by jęczała co mi jest 😦 A ja nie mogę im powiedzieć. Są już w takim wieku i tyle mają swoich dolegliwości z którymi muszą sobie radzić, że nie mam prawa im jeszcze dokładać swoich. Zwłaszcza, że Tata od jakiegoś czasu boryka się ze swoimi nawracającymi depresjami. I nawet już nie wchodzi w hipo, czasem po prostu czuje się w miarę dobrze psychicznie. Zrozumiałe jest więc, że muszę być przy nich radosną córeczką. A teraz będąc sama w domu staram się tym pisaniem rozładować swoje napięcie, spojrzeć na siebie z boku czytając to co napisałam.

A jeszcze robię sobie wyrzuty, bo w piątek będąc w najgłębszym dole napisałam sms-a do osoby do której nie powinnam pisać będąc w takim stanie. Nie mam prawa wciągać tej osoby w swoje problemy i bolączki. Teraz pewnie będzie kolejną osobą stwierdzającą, że nie ma obowiązku kolegowania się z wariatką. I będę tego żałować, już to wiem. Ale cóż to tylko dodatkowa pożywka dla tej cholery co rządzi sobie niepodzielnie w mojej głowie. A tak bardzo liczyłam na stabilizatory. Może wszystko się zmieni gdy lamo dojdzie do dawki terapeutycznej. Oby! Bo coraz mnie opcji mi pozostaje.

Reklamy

jam jest wariat…

Luty 14, 2008

Zaczyna mi się podobać to słowo: wariat. Jakoś nie mogę w nim znaleźć pejoratywnego wydźwięku. Kiedyś słyszałam, że mam wariackie pomysły, że czasem ostro wariuję. Także przywykłam do tego określenia. Wolę je zdecydowanie od chorej psychicznie. Po pierwsze bo jest krótsze, a po drugie bardziej dosadne. Oddaje w pełni, że to co się dzieje w mojej głowie normalne nie jest, a właśnie wariackie. Choć zdecydowanie wolę jak ja używam tego słowa, albo osoby, które są mi bliskie. Jakoś usłyszane od kogoś obcego chyba by przestało mi się podobać.

Ciągle mam dylemat komu mówić o chorobie a komu nie. Rodzicom (a zwłaszcza Tacie) nie chcę mówić. Bo po pierwsze boję się, że będzie to dla nich zbyt bolesne ze względu na wiek i własne dolegliwości. Po drugie, dlatego że Tata mógłby się zacząć obwiniać, bo ewidentnie charakter mamy dokładnie taki sam i jego życie bardzo przypomina życie z zaburzeniami afektywnymi. Siostrze powiem jak tylko się spotkamy w spokojnej atmosferze, bo póki co to z tłumem ludzi. Część przyjaciół już wie, inni dowiedzą się pewnie za chwilę. Niektórym, których chciałam sprawdzić (lub się ich pozbyć z mojej orbity) powiedziałam o tym bez cienia delikatności. Znikneli i jest mi z tym bardzo dobrze 🙂

Ale jak postąpić z osobą, która bardzo dobrze mnie znała 20 parę lat temu, która przeszła ze mną okres manii i krótką depresję a potem znowu hipo. Był mi bardzo bliski, ale nie wytrzymał ciągłej zmiany nastroju; on jest szalony ale w granicach normy. Potem znikneliśmy sobie z oczy. Jak wiele osób trafiliśmy na siebie na naszej klasie. Te pare miesięcy spędzonych razem miało dla mnie znaczenie, ale tak jak już gdzieś wcześniej pisałam nie wiem czy to było zakochanie, czy mania. Teraz kiedy gadamy na gg mam wrażenie, że oboje żałujemy, że to się tak skończyło. Choć mam też wrażenie, że upływający czas złagodził w jego wspomnieniach to co przy mnie przerabiał. Chcemy się spotkać. I tu następuje chwila zastanowienia: a może wcale nie chodzi o odczuwaną sympatię, ale chęć udowodnienia sobie, że dobrze zrobił, że odszedł. Chyba w tych kilku zdaniach udało mi się sobie totalnie zaprzeczyć. Ot, urozmaicenie pochodzące z choroby.

Mam też poważne obawy jak naszą chęć spotkanie odbierze P. Wiem, że nie ma do mnie zaufania jeśli chodzi o kontakty damsko-męskie, czemu znając naszą historię nikt się nie powinien dziwić. Ale tym razem (może dzięki lekom) nie odczuwam czysto fizycznego podniecenia związanego ze spotkaniem z kimś kogo chcę uwieść. Nie jest to maniakalna potrzeba zaciągnięcia kogoś do łóżka. Jest to ochota na spotkanie z kimś, kto był w moim życiu, kto zostawił po sobie ślad wspomnień, o uczuciach którego chcę się przekonać (o tych przeszłych), o intencjach jakie kierowały nim gdy proponował mi spotkanie.

No i teraz pytanie: mówić czy nie? Choć najpierw powinno być: umówić się czy nie? Zastanawiałam się czy nie podesłać mu linka do tego pamiętnika. Ale z drugiej strony powinien się czego najpierw dowiedzieć ode mnie. Jestem w kropce. A jak z umówieniem się? Spotkać się czy nie. Mam ochotę, ale wiem że jeśli mój P. uzna, że to było coś więcej niż zwykłe spotkanie, będzie to prawdopodobnie koniec naszego małżeństwa. I jak mam go przekonać, że nie ma w tym podtekstów seksualnych? A im częściej przebywamy razem, w tych dobrych momentach, to patrzę na niego i czuję, że chyba nie chciałabym zamienić go na kogoś innego. Uwielbiam jego gesty, głos, dotyk… nienawidzę gdy traktuje mnie jak przedmiot…

I tak oto, jam jest wariat…

„…”

Luty 12, 2008

Czasem zastanawiam się jakie ma znaczenie moja egzystencja. I dla kogo ma to znaczenie, że jestem. Może dla Rodziców, ewentualnie Siostry, dla Syna… ale już poważnie się zastanawiam czy dla Męża. Czasem jest cudownie. Czuję jego zrozumienie i wsparcie, ale czasem czuję, że mnie nienawidzi. Obiektywnie rzecz ujmując ma więcej powodów do nienawiści, niż do miłości. Oczywiście sama do tego doprowadziłam, wspomagana przez chorobę. Wiem jak mu ciężko, sytuacja jest trudna również przez sprawy które nie dotyczą naszych stosunków bezpośrednio. Ale czasem ta nienawiść wylewa się z niego jak żółć, nie do opanowania i nie do powstrzymania. A ja nie ukrywam, że wtedy głupieję. Wpadam w coś na skraju histerii, nie potrafię rozmawiać logicznie. Myśleć logicznie zresztą też. A potem mam doła. Pewnie gdyby nie leki leciałabym już w takim momencie gwałtownie w dół. A tak to tylko przysiadam w kąciku, płaczę, nie mogę spać, jakiś koszmarny ciężar zasiada mi na piersi i dusi, znowu boję się ciemności… pozwalam sobie na totalną rozsypkę i poczucie winy. Bo przecież on ma prawo, to ja jestem zła, to ja wszystko psuję. Nikogo nie obchodzi, że czasem nie panuję nad swoimi emocjami. I to nie na swoje życzenie. Czasem moje życie przybiera kształt, którego wcale nie chcę. Do którego momentu moje postępowanie jest wynikiem choroby, a do którego złego charakteru albo genów po niewłaściwych przodkach a może złego wychowania? Może w ramach procesu leczenia dowiem się tego. Moja lekarka uważą, że na wiele spraw nie miałam wpływu. Zwłaszcza, że się nie leczyłam. W silnej manii nie da się postępować racjonalnie i mądrze. Tłumaczy mi, że proces wybaczenia ze strony Męża był zbyt małą i racjonalną pomocą. I tak naprawdę powinien wtedy umieścić mnie (nawet bez mojej zgody) w szpitalu. Nie rozumiem tego. Ja uważam, że tylko dzięki wsparciu Męża i Rodziców nigdy nie znalazłam się w psychiatryku. I szczerze mówiąc byłam im za to bardzo wdzięczna. Ale może faktycznie powinni byli mnie zamknąć już wiele lat temu, a to co kryje się w mojej przeszłości miałoby zupełnie inny wymiar?

I tym prostym sposobem dochodzimy do oczywistego wniosku o braku aksjomatu konieczności w mojej egzystencji. Jeśli zrobić uczciwy rachunek zysków i strat z mojego istnienia to strat jest zdecydowanie więcej.

Kiedyś podstawą mojej choroby była przewaga manii nad depresjami. Niosło to za sobą swoistą niewrażliwość na innych, bo co oni wiedzą. Gdy wpadałam w depresję dominowało we mnie poczucie winy, przytłaczające i niszczące… aż do następnej manii. Teraz na lekach czuję się w miarę wyrównana, ale mam problem z racjonalnym podejściem do moich wyczynów. Poczynając od czasów liceum aż do dnia dzisiejszego. Jak to wszystko poukładać i wybaczyć sobie, a nie czekać tylko na wybaczenie innych. Stałam się uzależniona od opinii innych ludzi na mój temat. A mam poczucie, że większość z nich jest niepochlebnych.

W pracy kieruję zespołem ludzi (fakt niewielkim) i podlegam bezpośrednio głównemu szefowi. Często czuję na plecach krytyczny wzrok, szepty na mój temat. I co z tego, że wiem, że to moja imaginacja, że nic takiego się nie dzieje. DUPA! I tak to przekonanie tkwi mi w mózgu jak cierń. Nie potrafię się wyzwolić ze swojej opini na swój własny temat. A jest ona zła, albo jeszcze gorsza. Zmienia się tylko gdy wchodzę w lekką hipo, ale to jakoś nie chce być zbyt częste. I co z tego, że jestem postrzegana jako osoba sprawna, kreatywna i komunikatywna, kiedy ja wiem, że to tylko gra, jedna z masek, którą muszę zakładać by jakoś funkcjonować? Tak samo jest z moją tuszą. Byłam zawsze bardzo szczupła (w okresie liceum, kiedy jeszcze nikt nie wiedział co to anoreksja, ważyłam 48 kg przy wzroście 170 cm), po 38 roku życia lekko przytyłam. Teraz na lekach wzrósł mi niepokojąco apetyt, ważę się regularnie i wiem że przybyło mi 1,5 kg. Wpadam w panikę, niezaleznie od tego, że wszyscy mnie z tego powodu wyśmiewają. Tak sobie myślę, że robią to tylko dlatego, że są dobrze wychowani.

Spróbuję się skupić na pracy i nie myśleć o głupotach. Bo przy smutkach, które dziś za mną chodzą, tak chyba będzie lepiej.

Poniedziałkowe dywagacje

Luty 11, 2008

Ciężka noc, brak snu. Przewalanie się z boku na bok, w końcu decyzja o wstaniu. Lampka czerwonego wina na sen, książka (ale nic z niej nie rozumiałam, więć odłożyłam), telewizja. Pozapalane światła, bo w cieniu, tuż za kręgiem światła, czaił się strach. Narzuciłam sobie pozytywne myślenie. O kupieniu mojego wymarzonego psa, o wyjeździe do ciepłych krajów, pławiłam się w dobrych chwilach. Ok. 3 nad ranem poczułam nadchodzący sen. O 6 zadzwonił budzik. Ratuje mnie dziś chyba 5 dni odsypiania. Ciekawe co mi dziś zafunduje praca.

Wybrnełam z papierów, które mnie zastały po 3 dniowej nieobecności. No to praca mnie nakręciła jak korbka. Dobrze, że to akurat dzień, kiedy się dużo dzieje. Nie ma czasu na myślenie, zastanawianie się. Odpuściły smutki, pojawiła się adrenalina i konstruktywne myślenie. Gdzieś tam w moim mózgu jest obszar odpowiedzialny tylko za pracę i jak się włączy to jakoś mi się udaje udawać osobę inteligentną i twórczą. Szkoda, że nie wiem tak naprawdę, gdzie jest przycisk uruchamiający ten obszar. I dlatego każdy dzień jest loterią: włączy się czy nie włączy. Kiedy czuję, że żadnego przebłysku nie będzie staram się unikać działań wymagających szybkich decyzji i perspektywicznego myślenia. Nie zawsze jest to możliwe, parę razy udało mi się coś spieprzyć tylko dlatego, że nie byłam w stanie myśleć ani logicznie, ani nawet nielogicznie. Dziś na szczęście jakoś leci. A na dokładkę otrzymałam trochę komplementów od dobrego znajomego, wczorajsza kłótnia została potraktowana jakby jej wcale nie było… czyli może nie będzie tak źle.

Jeszcze 50 min. w pracy. Co będzie w domu nie wiem. Mam nadzieję, że będzie dobrze.

Dziwadło

Luty 10, 2008
Czasem tak się czuję. Niby sobie funkcjonuję jakoś w tzw. społeczeństwie, niby przygodni ludzie nie widzą we mnie choroby, ale do bólu czasem czuję się sama nie będąc samotna. Nawet osoby, które wiedzą o moich zaburzeniach nastroju potrafią być okrutne. Czasem się zastanawiam, czy z powodu niewiedzy, czy z powodu złośliwości. A może to taki sposób na odreagowanie swojego napięcia. Odkąd się leczę, biorę regularnie leki a moje nastroje są zdecydowanie bardziej stabilne, jest momentami gorzej niż wtedy kiedy miałam moje jazdy bez trzymanki. Czy jestem głupia a może jestem debilem? Sama nie wiem. Wiem, że kiedy dochodzi do konfrontacji i mówię, że nie jestem przedmiotem, że też oczuwam i słyszę odpowiedź, tracę wszelkie argumenty. W głowie totalna pustka co mam zrobić z tak stawianym problemem? Że to ja stanowię największy problem. Ma dość takiego życia, stop dość! A ja? Znowu usłyszę, że myślę i mówię tylko o sobie, że brak mi emapatii? Gdzie i komu wykrzyczeć jak bardzo jest mi ciężko? Dobrze, że mam forum i są tam ludzie którzy rozumieją, bo przechodzą przez to samo. Powtarzam sobie, że jestem nadwrażliwa a ludzie mówią sobie różne, czasem przykre rzeczy, których tak naprawdę nie myślą. I dochodzę do wniosku, że połączenie depakiny z lamo jest dobrym połączeniem. Płakałam… ale nie przyszła depresja. Było mi smutno i źle, ale nie rozsypałam się, ani nie spadłam w przepaść. Trzymam się, nawet rozmawiam. Normalnieję? Stępił mi mózg? Neuroprzekaźniki latają jak należy? Nie wiem. Nie chcę tego dziś roztrząsać. Coraz częściej jednak myślę, że potrzebuję terapii. Muszę się nauczyć reagować na takie sytuacje adekwatnie. Muszę się nauczyć rozmawiać a nie wpadać w jakieś histeryczne reakcje. Muszę pogadać o tym z lekarką, niech mi kogoś poradzi.

A wiosna do drzwi puka…

Luty 9, 2008

Taką mam nadzieję 😉 Jakoś tak cieplej i słoneczniej się zrobiło. Pąki na krzakach się pojawiły a u mnie w domu wiosenne kwiaty: hiacynt i tulipany. Bougenwilla puszcza nowe listki, zresztą hibiskus też. Jeszcze pare miesięcy i wywędrują na balkon cieszyć się słońcem. Zresztą i ja będę popołudnia spędzać na krzesełku z miękką podusią, dobrą książką i w otoczeniu moich roślin. Kiedyś było z zimnym piwem jeszcze, ale teraz to pewnie sporadycznie i od wielkiego dzwonu. Choć przyjemnie jest w ciepły wieczór wypić takie piwo, gdy wokół pachnie maciejka, kwitną krzaczki i majorka zwiesza się ze skrzynek. Zobaczymy, pomyślimy… nad zamiennikiem 🙂 Rozmarzyła mnie ta ładna pogoda na tyle, że od środy biorę sobie 3 dniu urlopu (czyli od jutra, hurrraaa!).

To wpis z wtorku rano. Potem wprowadzenie lamotroginy dało mi popalić.

Dopiero od wczoraj wracam do świata żywych.

Wydaje mi się, że to co odczuwam to normalność 🙂