Archive for Styczeń 2008

Rozsypały się matrioszki…

Styczeń 30, 2008

Nie mam siły nawet pisać… nie mam siły żyć… a muszę:

http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15184&w=75040247

Reklamy

Równowaga

Styczeń 29, 2008

Ciągle mnie zadziwia jak krucha jest równowaga w tej chorobie. Jak łatwo wyskakujemy ponad linię prostą w którymś kierunku. Świeci słońce, ludzie życzliwi to procentuje w kierunku polepszenia nastroju. Mglisto, pochmurno, ktoś powie coś niemiłego spadek. Mimo że raczej ciągle sobie fruwam lekko nad ziemią, to wystarczyła dziś jakaś dziwna poranna korespondencja z Mężem, telefon od szefa… i nastrój mi sklęsł. Mam nadzieję, że to chwilowe i moja hipo pokona moment załamania. Oby! Tylko oczywiście muszę się znowu zastanawiać, jaki takie chwilowe załamania będą się miały przebieg gdy antydepresyjnie będzie mnie chronić wyłącznie lamotrygina. Zresztą moje zastanawianie się pewnie wiele nie zmieni, mam zmienić leczenie i już. Będę dobrej myśli.

No i nastrój poszybował do góry. W najbardziej odpowiednim momencie. Worek ze sprawami do załatwienia się rozsypał i na szybko trzeba było interweniować. Załatwione, zaliczone. Jak ja lubię być taka sprawna 🙂 Teraz chwila spokoju. Przeglądam naszą klasę. Wszystko wskazuje, że spotkamy się 24.05.08 bo tak jakoś pasuje większości. A mnie tam wszystko jedno. Póki co jest nas tylko 14 osób więc każda z nich jest na wagę złota. Ciekawe jak to wypadnie.

Od czasu do czasu koresponduję sobie z odnalezionym znajomym. Fajnie nam się gada. Jakbyśmy się kumplowali bez 24 letniej przerwy.  Uzupełniamy sobie tylko to co się wydarzyło przez ten czas. Naprawdę sympatycznie nam się gada i bez żadnych podtekstów erotycznych, co dla mnie jest zdecydowanie oznaką remisji. W przypadku depresji nie podejmuję rozmowy z nikim, a w czasie manii każdy facet staje się dla mnie obiektem erotycznym. Dlatego deklaruję z czystym sumieniem: mam tylko lekką hipo.

Znad Kabat nadciąga mgła. Świat staje się nierzeczywisty, rozmyty. Taki jak z angielskiego horroru. Senność jakaś zamyka mi oczęta 🙂 Byle do 16.00, a w domu pewnie minie mi.

Jako ptak…

Styczeń 28, 2008

Tak sobie fruwam ciut nad ziemią, w nastroju cudownym, lekko euforycznym 😉 Ale naprawdę niewysoko, tylko na tyle by było energetycznie, by pomysły były dobre i by łatwo się sprawy załatwiało. Kontroluję swoje emocje. Są na poziomie normalno-remisyjnym.  Jest kilka wyznaczników, które wielkim głosem krzyczą: wpadasz w manię! Nie wmawiam sobie tego, bo tak mi jest wygodniej i łatwiej.

Wygląda tak, jakbym się usprawiedliwiała z mojego dobrego samopoczucia. Czy w przypadku bipolarów każda zwyżka nastroju jest symptomem hipo? Czy naprawdę koniecznie trzeba nas pacyfikować pod kreskę? Jako subdepresyjni jesteśmy bezpieczniejsi? Tylko dla kogo? Czy społeczne oczekiwanie nie jest właśnie takie, że będziemy w lekkim dołku?

A ja chcę się cieszyć moją kreatywnością, chcę mieć dobre pomysły i być wesołą towarzyszką Męża i Syna. Jak sobie przypomnę siebie z okresów depresyjnych to wcale nie chcę do tego wracać. A nawet ten okres na początku brania leków był dla mnie bardzo trudny: jak połączyć bezmyślność i ociężałość z wymogami mojej pracy?

Boję się, że zmiana leków zniszczy moje dobre samopoczucie. Nie mam jednak wyboru, spróbuję i zobaczę co z tego wyniknie. Najwyżej jak będzie ciężko wezmę parę dni urlopu.

„Czy pani nie jest w hipomanii?”

Styczeń 25, 2008

Takie pytanie usłyszałam na początku wizyty u świrolog, z którą się wczoraj spotkałam. No jestem, ale bardzo mnie to cieszy 🙂 Droga pani doktor, ile ja spraw załatwiłam dzięki tej cudnej hipo, jak się podźwignłam z długów, więc bardzo proszę zostawić mi moją hipo i się jej nie czepiać. Ja tu do pani przyszłam w zupełnie innej sprawie. Bo buja mnie, a ja nie chcę mieć rapid cycling. Wiem z opowieści, że nieszczęsny rapid prędzej czy później przechodzi w większość depresji  z dodatkową atrakcją krótkotrwałych manii. Ten wariant mi się nie podoba i proszę coś z tym zrobić pani doktor.

I tak się radośnie miotałam po jej gabinecie, gadałam cały czas. I pod koniec 40-minutowej wizyty dostałam wykaz: wchodzimy z 2 stabilizatorem, zmniejszamy cital, depakina wraca na 1200. To nie tak miało być 😦 miałam całkiem inny plan. Ale obiecałam sobie i paru innym osobom, że grzecznie będę brała leki, że dam się spacyfikować dla dobra ogólnego. Wiem, że długotrwała hipo jest równie szkodliwa jak mania, ale naprawdę bardzo jej potrzebuję. Jeszcze trochę… pare miesięcy? Od poniedziałku wchodzę z lamo, zmniejszam cital… zobaczymy…

A póki co cieszę się z mojej pięknej, weekendowej hipomanii i wszystkim tego życzę 🙂

… a sztorm na morzu hula…

Styczeń 23, 2008

Ale się porobiło. Buja mnie w niektóre dni jak stateczkiem malutkim po oceanie. Wczoraj był taki dziwaczny dzień. W nocy miałam problem z zaśnięciem, jakieś takie przysypianie bez zapadania w sen głęboki, jakieś głupie myśli kłębiące się pod czaszką, sama nie wiem czy to były dziwaczne sny czy coś innego. Po przebudzeniu poczułam jakiś przypływ agresji. P. w ramach reakcji przywalił coś niemiłego, odszczeknęłam się boleśnie z dużą dozą złośliwości. Chwilę później poczułam się winna jak cholera i zapadłam się w sobie prezentując postawę depresyjną. Wyszłam na deszcz i zapragnęłam, żeby w tej chwili, w tym dokładnie momencie to wszystko się skończyło. Żeby walnął we mnie piorun, czy jakiś inny żywioł pozbawił mnie życia a co za tym idzie uwolnił od siebie samej. Zanim dotarłam do pracy doznałam przypływu sił życiowych, umysł mi się ożywił, myśli rozjaśniły (mimo lejącego deszczu). Na moją głowę spłynęło 1000 pomysłów jak rozegrać wszystkie sprawy w pracy. Rozpierała mnie energia, zaczełam chyba z 6 spraw pilnych, obdzwoniłam klientów, przekonałam nieprzekonanych, załatwiłam nowy kontrakt. A potem nagle, w czasie krótszym od mrugnięcia okiem, poleciałam w otchłań. Nie nadaję się do niczego, jestem beznadziejna, nic nie umiem. Łzy w oczach, paniczny lęk. Pod koniec dnia w pracy znowu hipo. Akurat przyjechał przedstawiciel naszego głównego klienta. A ja zachowywałam się jak uwodzicielka na bankiecie 😦 Koszmar. Zanim dotarłam do domu byłam już w subdepresji. Zanim chłopaki wrócili do domu wyrównałam się i do końca dnia było w porządku. I na szczęście usnęłam bez problemu. Byłam wykończona tą huśtawką, zdarzały mi się od jakiegoś czasu ale nie aż tak intensywne. Na jutro jestem umówiona z psychiatrą. Niech doradzi. Chciałabym ją prosić też o zmianę depakiny na lamotryginę, bo zaczynam mieć nieziemski apetyt i lęk przed wejściem na wagę 😉

Winna, niewinna?

Styczeń 17, 2008

Tak właśnie sobie dumam od wczoraj. Poranek i kawałek dnia – bez problemu. Weszłam na naszą klasę. A tam dopisany do klasy MK. Szok! Obejrzałam zdjęcie, uśmiechnęłam się do braku włosów na głowie, stwierdziłam, że w oczach ma nadal „skurwysyna”, napisałam, że miło go widzieć (po prawie 25 latach). Czy coś poczułam? Żadnych „motyli w brzuchu” i żadnej chęci odnawiania związku (jeśli ktoś o zdrowych zmysłach nazwałby to na którymś etapie związkiem). Ot, ktoś kto rządził moim życiem przez kilka lat dawno temu, teraz jest znajomym, którego miło było zobaczyć. Może zawdzięczam to remisji a może upływowi lat, że to co się między nami działo stało się tylko wspomnieniem z bardzo dawnych lat.

Gdy tylko zobaczyłam tę twarz zameldowałam Mężowi, że się pokazał. Z czego to wynikało? Po pierwsze chciałam, żeby dowiedział się ode mnie (w celu uniknięcia podejrzeń, że to ukrywam np.), po drugie to wszystko co napisałam powyżej. Żadna tam rewelacja, żadne emocje (chodzi mi o te z najwyższej półki, bo jakieś tam były) i co? „Przecież właśnie o to Ci chodziło?” Pytam się o co? Po to założyłam naszą licealną klasę, żeby odszukać MK? No bez jaj! A potem na tlenie wpis: „Jestem kurewsko wściekły”. Na mnie, na portal, na MK, na siebie?! Nie wiem bo potem nie było już ani słowa. W domu ciche godziny na pytanie o co chodzi, co się stało, odpowiedź: „nic”.  I tak na prawdę to nie mam pomysłu czy chodzi o to, czy coś się wydarzyło u niego w robocie. Dziś Młody wraca później muszę z P. porozmawiać, bo oczywiście sytuacja ta zaczyna mnie pomału wyprowadzać z mojej kruchej równowagi 😦 Poczucie winy: bo się pokazał, bo zagadałam do niego, bo co sobie P. mógł pomyśleć… bo ktoś założył ten portal a ja na niego weszłam, założyłam klasę i teraz mam…

Muszę się w przyszłym tygodniu umówić z moją doktorką. Znowu zaczyna mi się zbierać trochę spraw do omówienia. Dlaczego np. do tej pory miałam długie fazy a teraz bywają takie dni, że mam kilka zmian w ciągu jednego dnia? Czy to wpływ leków? Jak sobie radzić z emocjami, niechcianymi i niepotrzebnymi? Zwłaszcza, że te emocje nie mają dobrego wpływu na moje postrzeganie świata. Nie umiem patrzeć na siebie z boku i krytycznie, żeby ocenić sprawiedliwie kiedy zachowuję się adekwatnie do sytuacji. Albo zamykam się jak żółw w swojej skorupie i nie można ode mnie wydobyć żadnej informacji. Albo jestem gotowa uszczęśliwić cały świat informacją o moim cierpieniu lub radości. Albo się wściekam o drobiazg, albo ignoruje ważne sprawy. Ech… porąbane to wszystko.

Cóz nadal nie wiem jaki wyrok: winna czy nie… może się dziś dowiem.

Czy dobre może być lepsze?

Styczeń 14, 2008

Tak to już z ludźmi jest. Jak jest dobrze to chciałoby się lepiej. Mam wrażenie, że remisja bardzo pozytywnie zaczyna się odbijać na moim postrzeganiu siebie. Jeszcze do niedawna zmuszałam się, żeby nasmarować ciało balsamem, włosy z siwymi odrostami związywałam w paskudny koczek. Nie układałam ich zostawiałam pokręconą, wysuszoną strzechę. Ostatnio zaczęło mi to przeszkadzać. I w niedzielę zrobiłam sobie „dzień dobroci”. Ufarbowałam włosy, wydepilowałam nogi, wygoliłam różne miejsca. Włosy ułożyłam i wyprostowałam, namaściłam się różnymi pięknie pachnącymi specyfikami. Muszę się przyznać, że naprawdę poczułam się lepiej, piękniej, młodziej. Dzięki temu i P. popatrzył na mnie bardzo przychylnym okiem. Choć ostatnio relacje damsko-męskie generalnie (nie zapeszyć) wyglądają u nas wspaniale. Niestety w pewnym zakresie odbioru bodźców zaczynam się czuć nieco upośledzona. Mam nadzieję, że trening poskutkuje 😉 I dziś po przyjściu do pracy usłyszałam od kolegi, że mam śliczny kolor włosów, od szefa że ładnie wyglądam a koleżanka nawet się nie zająknęła na temat mojego koloru (co u niej jest objawem zachwytu połączonego z zawiścią). I jak tu nie kochać remisji?

Chciałabym tak sobie potrwać w tym stanie długo, bardzo długo. Tylko gdzieś bardzo głęboko tłuką się niemiłe myśli. Jednym torem idzie sobie koncepcja: a gdyby tak hipo, takie radosne, pełne pomysłów. Oczywiście nie może przejść w manię, tego absolutnie nie potrzebuję a dodatkowo mam świadomość, że dla mojego Męża byłoby o jeden raz za daleko. Drugim torem sączy się jad podsuwający koncepcję upadku, głębokiej depresji po okresie wyrównania. I strachu co ze mną będzie. Wiem, mam teraz dodatkowe zabezpieczenia: kontrola lekarska, leki… ale przecież wiadomo, że nie zawsze to wystarcza. Staram się je spychać, zapomnieć, nie brać ich pod uwagę… nie zawsze się udaje.

Na naszej klasie odszukał mnie chłopak, z którym się spotykałam krótko, ale za to dwukrotnie w liceum (w II i IV LO). I były to emocjonalnie intensywne spotkania. Mamy się umówić na ploty. Nie ukrywam, że budzi to emocje. Nie wiem, czy byłam wtedy zakochana, czy w stanie maniakalnym (tak dokładnie nie pamiętam), ale chyba bliżej było mi do manii bo sama doprowadziłam do tego, że mnie zostawił. A co on do mnie czuł przez te kilka miesięcy? Nie wiem. Nie widzieliśmy się 24 lata i chciałabym jak najlepiej wypaść po takim czasie. Tak zwyczajnie, po kobiecemu chciałabym żeby pożałował, że się bardziej nie starał 🙂 Ech, próżność… Potraktuję to jako dobry objaw 🙂

Piątkowe dywagacje

Styczeń 11, 2008

Dobrnęłam do piątku. Jutro obiecuję sobie dłuuuugie spanie 🙂 Ciekawe co z tego wyjdzie. Nie wiem czy to reakcja na leki, czy porę roku, ale jeśli nie przesypiam 8 godz. czuję się nienajlepiej. Trudno jest jednak spać tyle godzin w tygodniu, zawsze są jakieś sprawy do załatwienia, omówienia, do obejrzenia CSI 😉 a i poprzytulać by się człowiek chciał (mimo stępienia odczuć, co jest podobno największą wadą psychotropów).

Mam zmniejszać dawkę Depakiny z 1200 do 1000 (bardzo powoli) i mam wrażenie, że zaczęło mnie trochę bujać. To są takie momenty w ciągu dnia. Silny zryw do góry trwający ok. godziny, powolna jazda w dół, jakiś czas spokoju i znowu jazda czasem w dół a czasem ponownie w górę. Nie trwa to stale, ale np. 2-3 godz. w ciągu dnia. Nie ukrywam, że jako czynnik niepokojący i męczący został przeze mnie uznany za konieczny do skonsultowania ze Świrolożką. Na obniżonej dawce do niedzieli, jeśli nadal będę miała jazdy to wracamy do standardowej dawki stabilizatora, jeśli miną to przed obniżeniem o kolejną setkę poczekamy ok. 2 tygodni. Jeśli się zaostrzą to natychmiast do standardu i w poniedziałek do niej. Bleee… a tak było pięknie. Najpierw starałam się na to nie zwracać uwagi, potem zastosowałam wyparcie (nic się nie dzieje, zdawało mi się), aż w końcu trzeba było przyjąć do wiadomości i skonsultować. Nie brzmiała na zaniepokojoną, raczej wyglądało to na zwykłe komplikacje, możliwe tak samo jak reakcje przy zwiększaniu dawki. I tego się trzymam. Nie mam zamiaru panikować, ale ponieważ dopiero się uczę reakcji swojego organizmu wspomaganego pigułkami szczęścia wolę czasem spanikować, niż olać.

Ta jakże wiosenna pogoda w ostatnich dniach nastraja mnie bardziej pozytywnie do świata. Blask słońca eliminuje lęki, pozwala odsunąć od siebie poczucie winy.  Jakoś tak lżej na duszy się robi. Ciekawa jestem czy z tego wynika moje większe zapotrzebowanie na czułość, dotyk, pocałunki… i to wszystko co następuje dalej 😉 I mimo naprawdę przytępionego odczuwania (nigdy tego nie miałam, byłam raczej zawsze prosta w obsłudze) to sprawia mi to niewiarygodną przyjemność. Na szczęście są miejsca, które reagują lepiej, trzeba ich tylko dłużej poszukać. Sama możliwość przytulenia, objęcia, głaskania budzi ekscytację:) Znowu sypiamy na jednej połówce naszego wielkiego łóżka a przecież był już taki czas kiedy każde spało na swojej krawędzi. Mam nadzieję, że pewne decyzje były dla nas obojga zbawienne 😉

Rozmowy ze znajomymi

Styczeń 10, 2008

Wczoraj usłyszałam ciekawe zdanie: „Jesteś zdrowa, bo Twój Mąż jest o Ciebie zazdrosny”. Abstrahując od tego, że mój ślubny był wtedy na mnie wyłącznie wściekły to zaskoczyło mnie brzmienie tego zdania. Czyli co? Nie można być zazdrosnym o osobę chorą psychicznie? Wariaci na miłość nie zasługują? Rozumiem, że umiemy być upierdliwi i męczący ale żeby zaraz niegodni miłości? Ludzie jednak kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego czym są choroby psychiczne. Mimo, że miewałam epizody psychotyczne to nie takie, żebym od razu mordowała z zimną krwią. A tu człowiek musi się borykać ze schematem chorego o nieprzytomnych oczach, gotowego rzucać się na ludzi. I nie ma znaczenia z jakiego środowiska niektórzy z tych wolnomyślicieli pochodzą: jak się leczysz psychiatrycznie jesteś gorszy i niepełnowartościowy. Ale ciebie to lubimy a skoro lubimy to znaczy, żeś zdrowa tylko coś sobie wmawiasz. Ostatnio kilka razy usłyszałam, że uległam presji i pogodziłam się z tym że jestem chora. A przecież taki psychiatra to sam normalny nie jest i każdemu coś wmówi. Tak jakby każdy onkolog u każdego znajdował raka. Czasem mam wrażenie, że przewlekła choroba psychiczna jest bardziej niedoprzyjęcia niż HIV. No bo przed HIV można się jakoś zabezpieczyć. Dać znajomemmu oddzielny kubeczek i talerzyk też (poleje się wrzątkiem, albo wygotuje) a przed takim wariatem to się nie da obronić. Co innego jak ktoś przeżywa załamanie nerwowe, ale przewlekle? Łapię się na tym, że bardzo selektywnie traktuję ludzi, którym chcę o tym mówić. Zresztą nie da się powiedzieć o tym przy okazji dowolnego spotkania. Czasem mówię osobom, które od lat męczą mnie swoim towarzystwem, ale nadmiar empatii nie pozwalał powiedzieć im żeby opuścili moje otoczenie. A teraz: pyk i już znikają jak kamfora 🙂

Już wiem jaką rasę psa chciałabym mieć. Tzn. z oglądanych zostały mi dwie: bearded colli i owczarek staroangielski (bobtail). Coraz bardziej skłaniam się do boba: jest większy a ja marzę o wielkim psie:) Postaram się wkleić zdjęcie, które ilustruje różnicę wzrostu między tymi rasami. Myślę, że do wiosny będę gotowa, żeby przyjąć do serca nowe zwierzę. Choć suniek zostanie w nim na zawsze i nikt jej nie zastąpi. Myślę, że posiadanie psiska będzie dla mnie zwyczajnie terapeutyczne. W okresie depresji konieczność wyjścia z domu bez prawa wyboru, w okresie manii towarzystwo na długie spacery lub bieganie przed siebie. A poza tym ten wierny łeb i cudowne oczy patrzące na ciebie z bezwarunkową miłością, tylko dlatego że jesteś.

W tej chorobie jedna rzecz jest koszmarna: nieuchronność zmiany faz. Kiedy jestem w depresji marzę żeby zaczęła się górka, żebym wreszcie zmieniła sposób postrzegania świata. Kiedy zaczynam lecieć w górę, gdzieś w na dnie serca tkwi lęk, że to musi nieuniknienie skończyć się upadkiem. Teraz jestem w ewidentnej remisji, ale ciągle się zastanawiam, w którą stronę mnie rzuci. Bo że rzuci prędzej czy później (za dzień lub za rok a może za 10 lat) to jest wiadome. Ta choroba nie odpuszcza. Czai się zawsze gdzieś w pobliżu, staje za plecami i chichocze. Nawet przy nowotworze ma się więcej nadzieji, po 5 latach uznają cię za wyleczonego.

Dziś jest piękna pogoda, tak się jakoś wiosennie zrobiło, mogłoby już tak być. Tylko z dnia na dzień coraz cieplej i dłuższe dni 🙂

Coś nowego, coś starego

Styczeń 8, 2008

Jeśli chodzi o coś starego to naszły mnie wspomnienia (pewnie przez tę pogodę) jednej z pierwszych wypraw na Kretę. Pojechałam tylko z Synem, wyjazd został wymyślony 2 dni wcześniej. Miałam mocno zaprzyjaźnione biuro (niestety zbankrutowało), zadzwonili, że mają 2 miejsca w samolocie, ale dopiero na miejscu okaże się gdzie będziemy mieszkać. Zupełnie nam to nie przeszkadzało. Byle się dostać na ukochaną Kretę. Do tej pory zawsze byłam we wschodniej części, to był pierwszy wypad na zachód. Zamieszkaliśmy w miejscowości Kato Stalos. W zasadzie od samej Hanii aż do Kisamoss ciągną się z małymi przerwami takie miasteczka. Nasz apartamentowiec stał trochę dalej od ulicy (i plaży), ale dzięki temu było tam w miarę cicho. Co rano wyprawiałam się po świeże bułki, pokonując z narażeniem życia starą drogę wschód-zachód:) Siedziałam na balkonie, czytałam książkę i zjadałam pierwsze śniadanie: jogurt z miodem i orzechami. Młody spał. Po jego śniadaniu ruszaliśmy na plażę, potem giros w drodze do domu. Wieczorem wyprawa do cudownej, magicznej Hanii. Port, latarnia morska, uliczki gdzie nie zapuszczają się turyści. Co jakiś czas robiliśmy wyprawę całodniową korzystając z usług KTEL (taki ich PKS). Pojechaliśmy na południe (Paleochora), zachód (Rethimnon), północ (Stavros) do małych miejscowości w górach. Oswoiliśmy restaurację (a raczej właścicieli), którzy załatwili nam 5 kg greckiego jogurtu przemycanego przez nas do Warszawy dla P.

Dlaczego właśnie ten wyjazd? Sama nie wiem. Może ze względu na spontaniczność, luz… i delikatną hipo która mi towarzyszyła? Ten wyjazd dostarczył mi chyba najwięcej frajdy. Wtedy doszłam do wniosku, że ta wyspa, jej klimat, ludzie powodują, że wchodzę w hipomanię, ale nie frunę wyżej. Tam stabilizuję się na wysokim poziomie, ale zdrowym… brak lęków, urojeń, trzęsiawki i galopujących myśli. I potem, wielokrotnie utwierdziłam się w tym przekonaniu. Dlatego mam nadzieję, że kiedyś przeniosę się na tę wyspę i ona zapewni mi równowagę, tak jak robiła to wielokrotnie:) Nie wiem, czy ludzie tam chorują na bipolar, pewnie tak a może nie?

A jeśli chodzi o nowe, to zafascynowała mnie możliwość niedrogiej podróży na Wyspy Zielonego Przylądka. I tak mi dziś ta podróż w duszy gra 🙂 Jak mam chwilę to oglądam hotele, plaże. Czytam wspomnienia tych co byli. Kto wie, może zagra tak, że uciekniemy z tego ponurego kraju choć na 10 dni?