Poniedziałkowe gadu, gadu…

Weekend niestety minął. Plany spania i czytania jakoś odeszły w niebyt. No coż, tak to bywa z planami. W sobotę instalowaliśmy „n”, było super: wspólne działania, pogaduchy… jedna wada: przemarzłam totalnie. Miałam problem, żeby się rozgrzać. I calutką niedzielę spędziliśmy razem, to było fantastyczne. Tyle czasu się mijaliśmy, prawie zapomniałam, że tak cudownie jest być razem. Także mimo zmiany zaplanowanych czynności, była to zmiana którą bardzo sobie chwalę;)

A jak moja stabilizacja? Nadal na stabilnym, niskim poziomie. Gorsze jednak jest moje samopoczucie: ciągłe zmęczenie, brak koncentracji. Poproszę w czwartek o receptę na antydepresant. Potrzepuję kopa i „powera”. Myślę, że jestem w stanie ocenić kiedy mój mózg przekroczy niewidzialną granicę między hipo a manią. Wtedy odstawię antydepresanta i pozostanę na stabilizatorze. Zresztą mam nadzieję, że zostałam ustabilizowana na tyle, że nie grożą mi żadne gwałtowne jazdy w górę lub w dół. Oby tylko nie wyskoczyła mi żadna odporność na leki. Ja już chcę normalnie bez kolejki górskiej;)

Na forum Poetka pisze o szalonej, nie do opanowania chęci na seks. W hipo uwielbiam seks, jestem rozerotyzowana. Ale w manii to już problem, istna obsesja. Jeszcze nie jestem gotowa, żeby wgryźć się w ten temat dogłębnie, bo kojarzy mi się z nim zbyt wiele bólu i wstydu.

Pamiętam jak w liceum byłam na obozie jeździeckim. Pierwszego dnia pokłóciłam się z nowopoznanym chłopakiem. Zaczeliśmy się przepychać, on mnie zepchnął ze schodów. Nie czułam bólu, tylko tak mnie strasznie rozśmieszyła ta sytuacja, że siedziałam na schodach i płacząc ze śmiechu stwierdziłamj, że właśnie sobie coś złamałam, tylko nie wiem co. Przez cały obóz jeździłam konno z nogą w gipsie. Byłam gwiazdą 3-tygodni. Wszyscy mnie znali i ja znałam wszystkich. Organizowałam nocne imprezki w zamkniętym skrzydle budynku. Alkohol, papierosy… może nie seks, ale obłapianki napewno. Jazda była ostra, prawie mnie wyrzucili z obozu. Zresztą to trwało dużo dłużej. Już wtedy zamiast kryć moje jazdy, ktoś powinien był mnie odstawić do wariatkowa. Gdybym się leczyła od 16 roku życia, dziś, w wieku 41 lat może byłabym w remisji, a moje życie nie byłoby poznaczone zgliszczami i przysypane popiołem… Ale z drugiej strony tyle się w nim wydarzyło, tylu ludzi poznałam. Pewnie nawet nie poznałabym mojego Kchanego Męża, bo jest moją zdobyczą studniówkową… gdybym była taka całkiem normalna to raczej nie wyciągnęłabym obcego faceta za konsolety gdzie serwował nam muzykę;) A gdyby nie on nie byłoby mojego cudownego Syna. I mozna tak snuć w nieskończoność…

Po czym poznaję, że depresja jest tuż za progiem? Oczywiście samoocena spada w strasznym tempie, zaczynam się winić za niepowodzenia nie tylko swoje, ale wręcz całego otoczenia. Zaczynam garbić plecy, przemykam ulicami tak by być jak najmniej widoczna. Przestaję dbać o swój wygląd, zmuszam się tylko do tego co niezbędne. Przytłacza mnie niemożność podjęcia działania. Ale i tak najgorsze są lęki, upiory czające się w każdym zakamarku. Zadają bolesna ciosy, niszczą mnie z każdej strony. Jak dla mnie podstawową zaletą stabilizatora jest to, że spacyfikował lęki i fobie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: