Krew z krwi…

Jestem nieodrodną wnuczką mojego Dziadka i nieodrodną córką mojego Ojca. A jak jest z moim Synem? Martwię się o niego, czy nie przyjął ode mnie tego paskudztwa. Ale chyba nie, ma 22 lata i jest zdrowy. Może o bardziej wyostrzonej wrażliwości, cholernie inteligentny, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zdrowy. Mam nadzieję, że geny jego Taty naprostowały błędy przenoszone w zapisie genetycznym mojej Rodziny. Zresztą moja Siostra też jest osobą zdrową.  Może to się przytrafia kolejnym dzieciom a nie tym pierwszym. Bo pierwsze ma być w razie czego opiekunem tego chorego? Ależ teorię wymyśliłam:) Mój Syn jest teraz chyba bardziej przyjacielem niż dzieckiem. Nie wiem czy to dla niego dobrze. Były takie momenty, że chyba za bardzo obciążałam go moimi problemami, że za bardzo wciągałam go w moje jazdy. Nie wiem czy wyszedł z tego bez szwanku, mogę mieć tylko nadzieję, że tak. Wydaje mi się, że ma mocną psychikę i pewne rzeczy bez problemu sobie racjonalizuje. Chyba jednak za wcześnie by to w pełni ocenić.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy powinnam poinformować Przyjaciół, że mam diagnozę, że moje odloty to nie był dziwaczny charakter. Że w końcu zaczęłam się leczyć. Nie chodzi tu o jakiś głupio rozumiany wstyd. Wiem, a może raczej wierzę, że mnie nie opuszczą. Zresztą to taki odwieczny dylemat: mówić, czy nie? Komu powiedzieć, a przed kim zataić. Mój Syn powiedział o mojej chorobie swojej Dziewczynie i przyjęła to spokojnie, jakbym była chora na zwykłą chorobę przewlekłą a nie psychiczną. To co stoi na przeszkodzie by inni też wiedzieli? Jeśli ktoś zniknie to pewnie będzie znaczyło, że nie jest wart zainteresowania.

Fatalnie się czuję. Jestem kompletnie bezwolna, rozbita. Powinnam zająć się sprawami finansowymi, a ja oprócz dokonania bieżących opłat i czekania na kolejne wpływy od szefa nie robię, kurwa, NIC. Stoję sobie na krawędzi depresji, sparaliżowana przez lęki i strachy. Najchętniej nie wychodziłabym z domu, nie widziała nikogo… Czuję się winna skutkom manii, czuję się winna brakowi działania, czuję się do niczego. Najgorsze, że brak mi sił, żeby coś z tym zrobić. Może jutro do stabilizatora dostanę trochę antydepresanta. Wolałabym się ustabilizować na leciutkiej górce, a nie na spadku. Jutro wizyta u świrologa może mi dołoży coś nowego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: