Pierwsze koty za płoty

Od czwartku wiem, że jestem dwubiegunowa.

Że coś ze mną nie tak, wiedziałam od bardzo dawna, może nawet od zawsze. Potulne, wyciszone, introwertyczne dziecko z dnia na dzien stawało się duszą towarzystwa z tysiącem pomysłow na minute.  Problemy odzwierciedlone są też w moich stopniach w szkole: same 5 w okresie hipomanii (kto z nas nie umie w tym stanie przekonać każdego do swoich racji) i 2,3 gdy zaczynała się jazda w doł. Potem liceum i chyba pierwsze manie: imprezy, narkotyki, alkohol, dziwne i podejrzane towarzystwo. Problemy z ukonczeniem III klasy. Okres matury to depresja, średnia na świadectwie 3,0. Egzamin na studia: hipomania. Rewelacyjne stopnie i przekonanie komisji, ze „Pan Maluśkiewicz” jest najbardziej reprezentatywnym utworem dla polskiej poezji miedzywojennej.

Ech, wspomnienie tych wszystkich jazd opiera się teraz tylko na miłych elementach, ale prawda jest bardziej beznadziejna. Delikatna hipomania to faktycznie miód na serce zmęczone depresją. Niestety rzadko kończylo się na delikatnej… Dalsza jazda ku górze to już żadna frajda, zwlaszcza dla bliskich. Bo ja przekonana o własnej omnipotencji nie widzialam urojeń i bzdur w które ubieralam swoje życie. Mieszanie się świata realnego z tym urojonym, skrajne emocje, przekonanie o własnej wyjątkowości i konieczności zmiany swiata.

A po takiej jeździe jak na górskiej kolejce, gwałtowny upadek. Upadek w obrzydliwe macki depresji. Świadomość, że się do niczego nie nadajesz, że jesteś nikim, że nic nie możesz osiagnać… myśli by skończyć to raz na zawsze.

Wytrzymałam z tymi jazdami ponad 30 lat, wypracowałam różne mechanizmy obronne. Udawało mi sie jakoś funkcjonować w świecie. Wzbudziłam tym ogromne zdziwienie pani psycholog.

Ostatnia mania doprowadziła mnie do kryzysu finansowego. A mojego Meża do twardej postawy: tym razem masz się leczyć… Bo kiedyś, 7 lat temu, po manii też prosił bym zaczeła leczenie. Zaczełam. W okresie wychodzenia z depresji. Jak wpadłam w hipo to mi sie znudziło a pani psycholog wydała mi sie nudna i niekompetentna:) No bo jaka miala być jak szukała jakiś wad u osoby, która własnie przestala, jak ręką odjoł, mieć jakiekolwiek wady;)

A teraz… wizyta u psychologa: wypisuje skierowanie do psychiatry, trzeba wejść z farmakologią. Wizyta u psychiatry i diagnoza: choroba afektywna dwubiegunowa. Zaczełam brać stabilizator, póki co tylko to. Lekarka boi sie wejsść narazie z antydepresantem, żeby nie wpedzić mnie w manie. 2 tabletki Depakiny łykniete, od poniedziałku już będzie 2x dziennie. Docelowo 1500 mg. Boję się skutków ubocznych: tycia, wypadania włosow, nadmiernej senności i baraku koncentracji. Ale jestem grzeczna, bo brak stabilizacji może się skończyć szpitalem. Póki co lekarka zgodziła się poczekać na efekty leczenia w domu. Na szczęście mam wsparcie. Meża i Syna. Tylko że Maż nie rozumie. Jest cudownie racjonalny, u niego nawet emocje maja związek przyczynowo-skutkowy. Jak ma zrozumieć moje emocje, które nie mają żadnego zaczepienia w rzeczywistości, moje zachowania nie mające żadnych realnych podstaw, urojenia które zmieniają postrzeganie świata. Jestem szcześliwa, bo mimo to jest przy mnie. Nawet nie chcę myśleć jak bardzo bolało go 23 lata ze mną, jak bardzo go krzywdziłam. Tak łatwo byłoby powiedzieć: to nie ja, to choroba. W dużym stopniu pewnie tak jest – jakiś głupi błąd w mózgu. Jednak moją bezsprzeczną winą jest nie poddanie się leczeniu, dawno, wiele lat temu. Może nie byłoby tych wszystkich historii i problemów a ja byłabym stabilna od wielu lat? Gdy zaczyna się gdybanie i poczucie winy – zaczyna się depresja. Mam nadzieję, że stabilizator utrzyma mnie na bezpiecznym poziomie. A z czasem ustawi mnie na czymś co zdrowi nazywaja normalnością. Czymś rzadko dostępnym dla CHAD-owców. Remisja jest mi nieznana, nie pamiętam bym była na tym magicznym, wyrównanym poziomie. Jestem jak kolejka górska, albo na górze, albo na dole. Czekam więc na tę normalność i zastanawiam się jaka ona będzie. I kolejny lęk: a jak bedzie nudna? Czego jak czego, ale nudy to w moim życiu nie było. Ale może jednak nuda jest fajna, miliony ludzi żyje sobie spokojnie bez takich jazd i są szczęśliwi. Właśnie szczęście. Czy ktoś tak zmaltretowany psychicznie przez własne emocje może być szczęśliwy? Jak to bedzie bez wizji przyszłości, bez urojeń o mojej roli we wszechświecie? Jak z tym poradzi sobie ludzkość, gdy nie będę wspomagać jej swoją wszechwiedza?:) Takie cuda daje CHAD-owcom mania. A potem zostają problemy z którymi nie wiadomo co zrobić, zwłaszcza że wtedy już jesteśmy w zabójczych objęciach depresji. Poczucie winy spycha mnie poza nawias społeczeństwa a głosy mówiące: „weź się w garść” budzą autoagresję… Staję się małym okruszkiem miotanym przez jakieś nierozpoznane żywioły, konieczność opuszczenia bezpiecznego azylu własnego domu budzi fizyczny ból i lęk tak wszechogarniający, że zamykasz oczy i jak małe dziecko udajesz że cię tu nie ma, że nigdy nie było.

Przez wiele lat w tym stanie ratowała mnie moja sunia. Zawsze wiedziała kiedy coś takiego się dzieje, była stale przy mnie jakby pilnowała, żebym nie spadła poza krawędź. Patrzyła mi w oczy i dawała sygnały że jest tu, że zawsze mogę się na niej wesprzeć. Głaskanie jej łebka, dotyk jej nosa na moim policzku – to było to co przez całe lata trzymało mnie o milimetr od radykalnych kroków… A teraz już jej nie ma. 11 lat jej pobytu na tym padole zakończyło się 20 lipca tego roku.

Nie chcę, żeby to stwierdzenie było krzywdzące, oczywiście bliscy też trzymali mnie przy życiu. Tylko że oni w zasadzie nie wiedzieli, że właśnie jestem w depresji. Widzieli smutną osobę, nawet zdołowaną, ale nie desperata mogącego się targnać na własne życie. Bo tak się nauczyłam radzić sobie z tymi stanami. A może nigdy nie byłam w wystarczająco głębokiej depresji? Nawet moje wizje samobójstwa zawsze kończyły się odratowaniem w ostatniej chwili. Czyli oszustwo? Nawet moje schorowane emocje nie są prawdziwe?

Wiem co jest najgorsze w tej chorobie. Myśli galopujące przez mój mózg. Tysiące wizji, umykających i nie dających się nazwać i sprecyzować. Mam nadzieję, że stabilizator mnie spacyfikuje. Będzie spokojnie i będę wreszcie mogła myśleć o jednej rzeczy do załatwienia. Wreszcie będę konkretna i precyzyjna.

Skończyłam studia o specjalizacji psychologicznej. Mimo że cholernie rozciągnięte w czasie zakończone z bardzo dobrym wynikiem. Mój życiowy sukces. Nigdy nie pracowałam w zawodzie. Może to i dobrze, gdyby oprócz moich własnych problemów spadło na mnie rozstrzyganie o życiu innych… Mogłoby to doprowadzić do dramatu.

Psychiatra po usłyszeniu wiadomości o moich studiach przestała mi objaśniać terminy typu: mania, hipomania, depresja… No bo po co? Wszystko jasne:) Rozmawiała ze mną znacznie precyzyjniej i konkretnie, jak z osobą bardziej świadomą swojej choroby. Ale czy osoba świadoma choroby kryłaby się przez tyle lat? Czy nie powinno być tak, że z racji wykształcenia, świadoma co się ze mną dzieje powinnam się poddać leczeniu wiele lat temu? Według mnie, to co mi dały studia to umiejetność manipulowania ludźmi by nie reagowali na moje skrajne stany. I chyba tylko dlatego nie wylądowałam na leczeniu szpitalnym wiele lat temu…

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Pierwsze koty za płoty”

  1. schizofreniczka1984 Says:

    jak ja to dobrze rozumiem…
    W sumie to też jestem bardziej chad-owcem, niez schizofreniczką. A powiem jeszcze inaczej. Zaburzenia schizo-afektywne.
    odloty w góre i spadki formy są mi tak dobrze znane…
    niestety. Normalność mnie męczy. Tęsknię za stanami hipomanii. Chudnę, mam masę pomysłów, energii… to jest bardzo fajne. Ale deprecha, kiedy pisze się listy pozegnalne to już nie to, o czym człowiek marzy…
    nawet teraz, kiedy biorę dość silne leki, zdarzają mi się dni z manią, a potem z depresją. Za manie jestem wdzieczna za depresję już mniej. Ale z drugiej srony jak sobie pomyślę co się wyprawia jak jest się w manii…

    normalność mnie nudzi, aż do szpiku kości. Pół życia błam nie zdjagnozowana i tez jakoś sobie radziłam. Lepiej lub gorzej. CHociaż wiecej było tego gorzej… MOże gdybym miała twoje lata, tez by mi się udawało wypracowac własne schematy zachowań? ale na szczęscie w nieszczesciu, teraz już jest w miarę ok.
    czemu tylko do jasnej cholery psychiatra w końcu się mna zainteresował jakj trafiłam do szpitala. Czy wcześniej nie można było?
    ale tacy to są owiani sławą psychiatrzy. Biorą cię pod jeden szablon i nie dostrzegają w porę. Dlatego lubię młodych. Ci się jeszcze starają.

    będę cię śledzic od sameo początku:)
    pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: