Archive for Grudzień 2007

Ostatni dzień starego roku

Grudzień 31, 2007

Rok się kończy. Trudno mi o nim mysleć z optymizmem. Początek to czerniak, środek choroba Teściowej i plaga pobranych kredytów, koniec moja diagnoza o bipolarze. Przyszły musi być lepszy, po prostu musi. Wierzę w to tym bardziej, że mam obecnie bardzo pozytywne nastawienie do świata.  Wiem, że na wspomagaczu, ale co tam najważniejsze że działa.

Na Sylwka idziemy do przyjaciół. Będzie na pewno bardzo miło.

Wszystkim Czytaczom: Szczęśliwego, cudownego Nowego Roku 2008:)

Reklamy

Ziarnko do ziarnka…

Grudzień 28, 2007

Wczoraj zaliczyłam wizytę u psychiatry. Opowiedziałam jak zaczynam się dobrze czuć. Nie jest to hipo, ale zupełnie mi nieznane uczucie równowagi. Być może późne podjęcie leczenia teraz wychodzi na moją korzyść. Szybko zareagowałam na leczenie… byle się tylko nie uodpornić:( Ona ciągle sprowadza mnie na ziemię: w tej chorobie nawroty są bardzo częste. Czy potrafię rozpoznać zmianę faz? Jak tylko zacznę odlatywać to mam natychmiast odstawić antydepresant. Może trzeba będzie wejść z neuroleptykiem… Nie daje mi się nacieszyć;) Ale szanuję ją za to. Lubię wiedzieć na co choruję i jakie są tego skutki. Tak było z czerniakiem: szukałam wszystkich informacji i jak trafiłam do onkologa, który nie uznał za stosowne ze mną rozmawiać na ten temat, sama wymusiłam na nim dyskusję znajomością tematu. Jak wychodziłam z gabinetu to usłyszałam: najgorzej jak się tacy internetu naczytają. Ale ja tak mam. Tak było z chorobą Teściowej, tak jest z róznymi dolegliwościami moich Rodziców. Mam przymus zbierania informacji. I dokładnie tak samo jest teraz z bipolarem.

Powinna brać się za czynności zmierzające do uporządkowania poświątecznego bałaganu. Tzn. nadmiaru niewykorzystanych środków spożywczych, pozmywania zalegających od wczoraj garów poobiadowych… ale mam jakąś wewnętrzną niechęć do pracy… przecież poraz pierwszy od dawna mam URLOP:)

Nie staram się mojej choroby rozmieniać na czynniki pierwsze, nie staram się szukać w tym sensu…  dostajemy od losu to co zdołamy unieść. Wiem, że większość ludzi nie akceptuje choroby psychicznej, inne przewlekłe, owszem ale wariat to wariat. Może zabije, albo coś;) Mieliśmy kiedyś sąsiada schizofrenika, jak odpływał w chorobę to przychodził do mnie opowiadać o podsłuchach i tym jak go ludzie prześladują a ja go słuchałam i świetnie rozumiałam. Widać nasze choroby wcale nie są tak bardzo daleko od siebie.

Zapytałam Doktórkę o psychoterapię. Stwierdziła, że mam z przeszłości sprawy do przerobienia, ale moja choroba jest chorobą związaną z neuroprzekaźnikami, z dziwnym działaniem mózgu i zależność jest odwrotna niż u ludzi którzy powinni zaczynać od psychoterapii: moje problemy wynikają z choroby a nie choroba wynika z problemów. Póki co rezygnuję. Zobaczę jak działam na farmakologii i co z tego wyniknie.

Póki co moją najlepszą terapią jest to pisanie. Wiem, że na wiele rzeczy się jeszcze nie zdobyłam, ale wszystko przed nami:) Teraz będę kolekcjonować dobre chwile, tego chcę a jak zacznę się za bardzo śpieszyć, to dobre dusze podpowiedzą mi kiedy zwolnić i zastosować środek radykalny: odstawić Cital:)

„Nie boję się spadać, boję się upadku”

Grudzień 27, 2007

Ten tekst pojawił się ostatnio w jakimś filmie, którego tytułu nawet nie pamiętam. A ja boję się spadać, bo wiem do czego spadanie prowadzi (pewnie dlatego nigdy nie skoczę na spadochronie). Upadek boli, zawsze. Ale wznoszenie, latanie też do niczego dobrego nie prowadzi. Po raz pierwszy od bardzo dawna mam wrażenie, że staję na linii prostej. Nie odchylam się w żadną stronę. Nigdy nie sądziłam, że to jest możliwe. Dodanie do stabilizatora antydepresanta wreszcie podniosło mnie nad poprzeczkę. Minęła senność, brak koncentracji, zamulenie. Opłacało się wykazać cierpliwość. Może chciałam komuś ważnemu pokazać, że wytrwam w leczeniu a może sama już nie miałam siły. W końcu swoje lata się ma:)

Święta minęły spokojnie. Na szczęście do minimum udało się ograniczyć spotkania z tymi, których oglądać nie miałam ochoty. I dobrze:) No i dzięki temu było naprawdę miło. Wszystko co zaplanowałam na drugi dzień Świąt udało się zrealizować a ja nawet nie byłam zmęczona przygotowaniami. Mało tego szykowanie sprawiło mi prawdziwą przyjemność.

Na naszej klasie coraz więcej zgłoszeń, coraz więcej znajomych. Fajnie, może niedługo uda się zrobić jakieś spotkania.

Chodziło mi po głowie jeszcze coś do napisania, ale czas się zbierać do lekarza:)

Cuda, cuda ogłaszają…

Grudzień 23, 2007

Jak czasem słowa potrafią ranić. Dobijać. Taki drobiazg jak upominek… i co? Masz ważniejsze sprawy na głowie, pieniądze potrzebne Ci na coś innego. A to miał być drobiazg, tylko dlatego że cholerna poczta polska ma problemy z wyrobieniem się z przesyłkami na Święta:( Pewnie powinnam przejść nad tym do porządku dziennego, ale jak to zrobić? Jestem wściekła… przecież spłacam wszystko, staram się jak cholera. Mam nauczkę. Ach, szkoda gadać. Tylko Ci których kochamy mogą nas ranić.

A jeśli chodzi o przygotowania do Świąt, to mamy już przepiękną choinkę. Wczoraj Młody ubrał ją. Śmiejemy się, że z nadmiaru srebra jest cudownie tandetna. Ale czyż nie po to są choinki by swoją barwnością były właśnie tandetne i jarmarczne? Dla mnie jest super. Szkoda, że znajdzie się pod nią prezent tylko dla Młodego.

Mam jeszcze sporo rzeczy do kupienia, ale postanowiłam, że zrobimy to w poniedziałek, jest nadzieja że nie będzie kolejek. Niesamowite jest to jak na Święta Warszawa pustoszeje. Od razu widać jak niewiele osób ma tu swoje korzenie. Wyjeżdżają w odległe czesem rejony naszego kraju, pustoszeją Kabaty a i nasz bliższy Ursynów staje się prawie wymarły. Irytuje mnie tylko, gdy Ci ludzie którzy znaleźli tu pracę i mieszkania narzekają jakim strasznym miastem jest Warszawa, jacy okropni Warszawiacy. Przecież zawsze mogą wrócić tam skąd przyszli.

Zostało mi jeszcze odkurzanie i mycie podłóg, na wieczór prasowanie.

Zapomniałam zameldować, że bigos wyszedł pychotny. Ciekawe czy to prawo pierwszego razu;) Dziś muszę zacząć gotować żurek. To moja zupa na specjalne okazje. A że święta nie te… Jutro pewnie zaprawię mięsa i wystawię na balkon.

No to czas brać się za robotę.

Idzie lepsze:)

Grudzień 22, 2007

Mam nadzieję. Choć wczorajszy wieczór wskazuje raczej na coś innego. Zasnełam o 19.00 wstałam dziś o 8.30. To raczej średni objaw. Ale może to tylko reakcja na poprzedni, przepracowany do upadłego tydzień? Mam taką nadzieję.

Zrobiłam rano część zakupów (kolejną). Zaraz trzeba zacząć sprzątanie. Ale najpierw chyba będzie druga kawa;) Na forum jest napisane, że należy uważać z używkami. Na pewno są w tym zakresie alkohole i narkotyki, ale jak to jest z kawą… no i z papierosami. Czy mieszczą się w tym limicie?

Lubię tą narastającą falę radości ze zbliżających się Świąt. Mam nadzieję, że mimo pewnych zmian, które pojawią się w Wigilię ze względu na chorobę Teściowej, odnajdziemy jednak atmosferę spokoju. Liczę na to, że nie dojdzie do najmniejszych spięć na linii ja-szwagrostwo. Bo że P. się powstrzyma w to nie wątpię. A ja chyba jestem za mało nakręcona żeby wygarnąć co myślę na temat ich postępowania. Zresztą czy to mój interes? Powinnam się nauczyć odróżniać rzeczy na które mam wpływ, od tych na które wpływu nie mam. I te drugie po prostu ignorować. Poza tym Wigilia to nie najlepszy moment na dywagacje o poprawności postępowania wobec bliskich.

Cieszę się, że zupełnie inaczej wyglądają moje relacje z siostrą. I tego się będę trzymać. Najważniejsze, że my obie możemy się na sobie oprzeć. Choć ona jednak, niestety, na mnie jakby mniej. Ale zębami i pazurami będę jej bronić, gdy zajdzie taka potrzeba. To zdanie to jakby przyczynek do tego co pisałam parę dni wcześniej o agresji. Prawdą jest, że tak naprawdę to nigdy nie zetknęłam się z agresją fizyczną. Budzi ona we mnie czysto iracjonalny lęk. Bez realnych podstaw. Jednak zdaję sobie sprawę, że w obronie wyższych racji (szeroko pojęta Rodzina) jestem gotowa walczyć wszelkimi metodami. To jakim prawem oceniać mi racje innych w momentach, gdy do tejże agresji fizycznej się uciekli? Gdzie są granice obrony koniecznej, a gdzie zaczyna się zwykła przemoc? Nie warto chyba odwoływać się do prawodawstwa, bo to nie ten problem. Moja praca magisterska dotyczyła maltretowania dzieci. I tu jest łatwo: każde działanie szkodzące rozwijającej się psychice dziecka jest złe. A to że matka wpada w depresję i ciężko jej się zdobyć na działanie i na 100% z radością nie czyta książeczek, rozwiązuje łamigłówek i buduje wieży z klocków jest już krzywdą wyrządzaną dziecku? A matka w manii znikająca mentalnie a czasem też fizycznie z obszaru poznawczego dziecka to kto? Dobrze, gdy w tym momencie dziecko ma osoby ważne, na których mimo wszystko może się oprzeć. Dziękuję Mężowi i moim Rodzicom…

No to czas brać się za sprzątanie:)

Piątek, weekendu początek:)

Grudzień 21, 2007

I to jakiego weekendu:) Dla mnie 11 dniowego. Mam nadzieję, że będzie to czas wyciszenia, odzyskiwania sił i wreszcie zbawczego działania Citalu. Nie będę musiała ścigać się z czasem w pracy, zastanawiać się jak zmieścić w pozostałym czasie wszystkie rzeczy do zrobienia. Ten tydzień dał mi w skórę. Wielu klientom zostały pieniądze na reklamę, trzeba było je pilnie wykorzystać. Walczyć o terminy u wykonawców, ich dotrzymanie, jakość wykonania. A dziś już spokojniej. O 14.00 usiądziemy do Wigilii w pracy, pogadamy, powspominamy. Potem pewnie umówię się z Młodym, zrobimy początek zakupów. W domu dogotuję bigos – pierwszy w moim życiu:) Już nie mogłam się oprzeć i wczoraj próbowałam. Mi smakuje bardzo, choć wiadomo że dla bigosu jeden dzień gotowania to nic.

Wigilię spędzimy u mojej Teściowej. Ciekawe jaki będzie skład gości. Ale najpierw z samego rana prezenty znajdą się pod naszą choinką (której jeszcze nie kupiliśmy). To taka nasza tradycja, że zanim ruszymy gdzieś dalej to najpierw świętujemy u nas. Szkoda tylko, ze P. będzie musiał iść do pracy, ale pewnie na krótko.

Pierwszy dzień Świąt to wizyta u mojej Siostry. Bardzo to lubię. To pewnie świństwo co napiszę, ale wolę spotkać się z Rodzicami, Siostrą i jej Rodzinką niż z tą drugą połową. Zwłaszcza wzdryga mnie na myśl o bracie P. i  jego przyległościach. Myślę, że ten dzień będzie na pewno bardzo fajny.

No a w drugi dzień Świąt zlot u nas. To nasza Rocznica Ślubu i tradycją się stało, że spotykamy się na obiedzie w naszym domu. Przyjdą Rodzice, Siostra i reszta, Przyjaciele. Teściowa nie przychodzi od lat, nawet jak była zdrowa. Pewnie tym bardziej, gdy jest chora to nie przyjdzie. Ale zobaczymy. Czeka mnie sporo przygotowywania.

Dziś czuję się podejrzanie dobrze (odpukać 3 razy w niemalowane drzewo). Może to wreszcie stabilizujące działanie Depakiny + wydźwigający wpływ antydepresanta? Oby. Na przygotowanie Świąt jak znalazł. Jak ja marzę o takiej lekkiej górce nastroju. Zmęczona jestem dołem.

Mój syn od dłuższego czasu trafia różne prace. Teraz pracuje już prawie na etacie. Fajnie, robi to co lubi i dostaje za to kasę:) No i może pracować w lubianych przez siebie godzinach: nocnych. A potem oczywiście odsypia do późnych godzin popołudniowych. Przestawia swój styl życia tylko dla Dziewczyny. Kiedy ona przyjeżdża to mogę się ich spodziewać na śniadaniu o 11.00 najpóźniej.

Zarejestrowałam się na portalu „nasza klasa”. Jestem tam od 2 dni i szok jakich zapomnianych znajomych odnajduję. To naprawdę niezwykłe.

Idą Święta…

Grudzień 19, 2007

Idą… a mnie się nic nie chce. Leki póki co serwują mi niski poziom kumacji, zmęczenie, ociężałość umysłową. Czyli dno. Daleko mi do pełnej depresji (i mam nadzieję, że tak pozostanie), ale już widzę jej niepokojące objawy: ucieczkę w sen, obniżenie nastroju, niemożność podjęcia decyzji. A na działanie Citala podobno trzeba czekać około 2 tygodni. Czyli Święta i Nowy Rok nie przejdą w atmosferze radości. Choć jeszcze mam nadzieję, bo mam wrażenie że mój organizm dość dobrze reaguje na aplikowane mu leki.

Parę dni temu zaczęłam inny wątek. Chciałam napisać o sposobie odczuwania przeze mnie bodźców seksualnych zależnie od fazy. Ale jakoś mi nie szło. Pewnie kiedyś wrócę do tego tematu;) Ale teraz pozostawiam go w brudnopisie.

Odezwała się moja przyjaciółka z liceum. Wiele lat utrzymywałyśmy kontakt, w zeszłym roku jakoś nam się urwało. Muszę koniecznie jej odpisać. Mimo że nasze rzeczywistości bardzo się różnią, to jednak w momencie spotkania zawsze miałyśmy o czym rozmawiać. Jej Rodzice nie byli moimi wielbicielami. Uważali, ze sprowadzam ich córeczkę na złą drogę:) Fakt, pomysły zdażały mi się dzikie: pierwsze całonocne imprezki, wyjazd do moich znajomych na Śląsku (z tym, ze teoretycznie do jej Rodziny). Palenie i picie było na porządku dziennym.  W narkotyki jej nie wciągnęłam. Ale nawet ona była mało poinformowana o mojej wielkiej licealnej miłości. Najbardziej z nim to mnie chyba połączyły te wadliwie pracujące neuroprzekaźniki w mózgu. Mogę spokojnie powiedzieć: „W moim życiu ważnych było dwóch mężczyzn: za jednego wyszłam za mąż a imię tego drugiego nosi mój Syn”. Ale to przeszłość.

Mam teraz bardzo realistyczne sny. Wręcz fabularne. Nigdy takich nie miałam. Mają konkretną fabułę i następstwo zdarzeń. Są przez to dziwaczne.  Ciekawe czy to efekt działania leków?

Od wczoraj na forum toczy się dziwna dyskusja. Jednym z jej aspektów jest stosunek do agresji a właściwie relatywizm tego stosunku w zależności kto tej agresji używa. Ale czyż nie jest tak, że to co niewłaściwe jest takim zawsze? Bez znaczenia jakie towarzyszą temu okoliczności. A w tym wypadku zdarzenie było w stylu: bo zupa była za słona.

Podczytuję to forum, ale jakoś w nim się do końca nie odnajduję. Za dużo tam emocji skierowanych wyłącznie na siebie. Zdecydowana większość osób tam się udzielających jest samotnych. Z powodzeniem mogą się skupić na odczuwaniu siebie. Choć myślę, że równie mocno i boleśnie odczuwają konieczność wstania, zmuszenia się do wykonania najprostszych czynności. Paniczny strach przed wyjściem z domu, koniecznością spotkania z ludźmi jest im równie bliski jak osobom z rodzinami. Łatwiej jest o tyle, że nie martwi się nikogo depresją i nie krzywdzi manią. Ja tych krzywd wyrządzonych mam jednak na swoim kącie wiele.

A teraz w moim życiu oczekuję normalizacji. Może będzie nudna, ale lepsza niż wieczne miotanie się między kolejnymi pomysłami. Łykam te moje dropsy psychotropowe i tak sobię myślę, czy z całej gamy dostępnych skutków ubocznych muszę dostawać takie jak: wypadanie włosów, senność, zawroty głowy? A nie mogłabym dostać jadłowstrętu psychicznego? Tak żeby bezboleśnie schudnąć te pare kilo? Chyba nie, nikt nie zapytał co wybieram dla siebie.

Przyszło mi do głowy, że nie jest dobrze być afektywną dwubiegunową mając dobre zarobki. Żaden bank takiej osobie nie odmówi kredytu, karty kredytowej. I tak łatwo zbiera się kwota o stresującej wysokości. Dobrze, że teraz okres premii i dużej ilości pracy a co za tym idzie większych pieniędzy. Wiele pewnie uda się spłacić pod jednym warunkiem, że będę w stanie normalnie pracować. A tego nie jestem do końca pewna. Ale nadzieję mam.

Trzymajcie mnie, bo lecę…

Grudzień 12, 2007

Wczoraj wydawało mi się, że wychodzę na prostą. Nawet zamarzyła mi się lekka górka. A dziś? Wystarczy jedno słowo, bym zaczęła jechać po równi pochyłej. Znowu poczucie winy i strach, co ja narobiłam. A najgorsze, że chciałam dobrze („dobrymi chęciami…”), propozycja wydawała mi się odpowiednia i na miejscu. Co się okazało? Że narzucam swoją wolę. Gdybym była w manii, to mogłabym się z tym zgodzić. Bo moja wola byłaby jedyną słuszną. Ale teraz? Wyjście z tą propozycją było dla mnie wystarczająco trudne, biorąc pod uwagę konsekwencje właśnie dla mnie (gotowanie, sprzątanie), a okazało się… szkoda gadać. Chcę się schować, ukryć, zapomnieć:( Oby do jutra, bo już wiem, że mimo złudzenia poprawy tak naprawdę to gibię się na krawędzi i byle zdarzenie spycha mnie na dół. Potrzebuję wsparcia.

Mam wrażenie, że Depakina zamyka pewne obszary w mózgu. Redukuje odczuwanie, dzięki czemu łatwiej jest wyrównać nastrój w okolicy punktu zero. Ale wystarczą jakieś dodatkowe emocje (bez znaczenia negatywne czy pozytywne) i zanika zbawienne działanie leku a pojawia się w pełnej krasie psychika afektywna. Łatwiej wysuwją się na plan pierwszy i lęki i euforia. I znowu zaczyna dominować to zmienione postrzeganie świata, świata z nadmiarem bólu, ale i z ponadprzeciętną ilością kolorów. Podobno dlatego jesteśmy bardziej twórczy od innych, tak wielu znanych było dwubiegunowych. Tylko ten nadmiar wrażliwości niestety czasem straszliwie boli.

Chciałabym umieć malować. Przenieść na płótno te barwy, miraże, dziwne obrazy ukazujące się pod powiekami w manii. I te mroczne, przerażające sceny, które gnębią w okresie depresji. Albo umieć robić zdjęcia, które oddają w pełni i piękno i brzydotę świata. A tymczasem nie potrafię nic. Mam wrażenie, że nic po sobie nie zostawię, że moje istnienie jest całkowicie nieistotne a potrzebne tylko w celu wypełnienia luki demograficznej. Nie wniosłam nic od siebie a kilka osób wycierpiało sporo przeze mnie… więc po co? Nie wierzę w Boga, niebo ani piekło. Nie pociesza mnie wizja raju, nie przeraża wizja piekła. Jeśli nadal chcę trwać to dla siebie i tych kilku osób które jeszcze we mnie wierzą. A może jednak moja osoba obarczona chorobą psychiczną ma do zrealizowania jakiś niepoznany jeszcze cel. Może w przypływie natchnienia stworzę jeszcze coś istotnego?

Znowu robi się ciemno, koniec kolejnego dnia. Jutro złapię Świrologa i kajając się poproszę jednak o receptę. A mogłam już od tygodnia wspomagać się antydepresantem. Taka, cholera, dzielna chciałam być:( no to mam za swoje. Potem jeszcze jakieś 2 tygodnie żeby zadziałało… dam radę, co mam innego do roboty?

Urojone urojenia

Grudzień 11, 2007

Jak to jest z tymi urojeniami w dwubiegunówce?

W czasie depresji to taki porażający lęk, nie dające się ubrać w słowa przerażenie. To przebudzenie w środku nocy, zimny pot na całym ciele, drżenie, szybkie bicie serca. To strach przed wyjściem z domu, z pokoju, z łóżka… Nie przybierający konkretnych form, ale zaczajony w każdym zakątku gotowy dopaść mnie i zniszczyć, unicestwić. Jest szalenie niszczący, mam wrażenie że za każdym razem odbiera mi trochę komórek nerwowych w mózgu. Że za każdym razem wychodzę z tych zmagań bardziej pokiereszowana.

A w trakcie manii? Ech, ta omnipotencja, wszechwładza i wszechwiedza. Brak krytycyzmu do własnych działań, nie słuchanie nikogo i niczego. Wtedy wiem, mam całkowitą pewność, że jestem stworzona do spraw, których większość ludzi nie jest w stanie objąć swoim małym rozumkiem. A że czasem te wzniosłe i dalekosiężne cele wymagają niemałych nakładów finansowych, to tylko nieistotny szczegół. Ta „maniaczka” pcha mnie do działań i przedsięwzięć, które jeszcze przed ich podjęciem są katastrofą. Bywanie w niewłaściwych miejscach, poznawanie niewłaściwych ludzi…

Tylko raz w takiej naprawdę głębokiej manii miałam wrażenie, że wszystkie służby sprzysięgły się by mi zaszkodzić. Chciały zniszczyć mnie i moją Rodzinę i dobrać się do znanych tylko mi tajemnic. Mogły one (te tajemnice) zniszczyć podstawy funkcjonowania tych tajnych służb. Co ja się wtedy namęczyłam szukając ukrytych podsłuchów, starając się nic nie mówić w domu a do sklepu chodziłam jakąś strasznie długą drogą, żeby zgubić śledzących. Tak się złożyło, szczęśliwie, że wtedy byłam całkiem sama w domu (nie licząc psa) i na szczęście zanim postanowiłam zlikwidować przeciwników, kolejka mojego nastroju zaczęła ostro jechać w dół.

Te urojone wyobrażenia o sobie to taki element składowy tej choroby. Kiedy jest dół, wyobrażenia są niszczące dla mnie personalnie, gdy jest górka dla otoczenia. Żadna opcja nie jest w pełni dobra. Nadal czekam na ten upragniony środek.

Poniedziałkowe gadu, gadu…

Grudzień 10, 2007

Weekend niestety minął. Plany spania i czytania jakoś odeszły w niebyt. No coż, tak to bywa z planami. W sobotę instalowaliśmy „n”, było super: wspólne działania, pogaduchy… jedna wada: przemarzłam totalnie. Miałam problem, żeby się rozgrzać. I calutką niedzielę spędziliśmy razem, to było fantastyczne. Tyle czasu się mijaliśmy, prawie zapomniałam, że tak cudownie jest być razem. Także mimo zmiany zaplanowanych czynności, była to zmiana którą bardzo sobie chwalę;)

A jak moja stabilizacja? Nadal na stabilnym, niskim poziomie. Gorsze jednak jest moje samopoczucie: ciągłe zmęczenie, brak koncentracji. Poproszę w czwartek o receptę na antydepresant. Potrzepuję kopa i „powera”. Myślę, że jestem w stanie ocenić kiedy mój mózg przekroczy niewidzialną granicę między hipo a manią. Wtedy odstawię antydepresanta i pozostanę na stabilizatorze. Zresztą mam nadzieję, że zostałam ustabilizowana na tyle, że nie grożą mi żadne gwałtowne jazdy w górę lub w dół. Oby tylko nie wyskoczyła mi żadna odporność na leki. Ja już chcę normalnie bez kolejki górskiej;)

Na forum Poetka pisze o szalonej, nie do opanowania chęci na seks. W hipo uwielbiam seks, jestem rozerotyzowana. Ale w manii to już problem, istna obsesja. Jeszcze nie jestem gotowa, żeby wgryźć się w ten temat dogłębnie, bo kojarzy mi się z nim zbyt wiele bólu i wstydu.

Pamiętam jak w liceum byłam na obozie jeździeckim. Pierwszego dnia pokłóciłam się z nowopoznanym chłopakiem. Zaczeliśmy się przepychać, on mnie zepchnął ze schodów. Nie czułam bólu, tylko tak mnie strasznie rozśmieszyła ta sytuacja, że siedziałam na schodach i płacząc ze śmiechu stwierdziłamj, że właśnie sobie coś złamałam, tylko nie wiem co. Przez cały obóz jeździłam konno z nogą w gipsie. Byłam gwiazdą 3-tygodni. Wszyscy mnie znali i ja znałam wszystkich. Organizowałam nocne imprezki w zamkniętym skrzydle budynku. Alkohol, papierosy… może nie seks, ale obłapianki napewno. Jazda była ostra, prawie mnie wyrzucili z obozu. Zresztą to trwało dużo dłużej. Już wtedy zamiast kryć moje jazdy, ktoś powinien był mnie odstawić do wariatkowa. Gdybym się leczyła od 16 roku życia, dziś, w wieku 41 lat może byłabym w remisji, a moje życie nie byłoby poznaczone zgliszczami i przysypane popiołem… Ale z drugiej strony tyle się w nim wydarzyło, tylu ludzi poznałam. Pewnie nawet nie poznałabym mojego Kchanego Męża, bo jest moją zdobyczą studniówkową… gdybym była taka całkiem normalna to raczej nie wyciągnęłabym obcego faceta za konsolety gdzie serwował nam muzykę;) A gdyby nie on nie byłoby mojego cudownego Syna. I mozna tak snuć w nieskończoność…

Po czym poznaję, że depresja jest tuż za progiem? Oczywiście samoocena spada w strasznym tempie, zaczynam się winić za niepowodzenia nie tylko swoje, ale wręcz całego otoczenia. Zaczynam garbić plecy, przemykam ulicami tak by być jak najmniej widoczna. Przestaję dbać o swój wygląd, zmuszam się tylko do tego co niezbędne. Przytłacza mnie niemożność podjęcia działania. Ale i tak najgorsze są lęki, upiory czające się w każdym zakamarku. Zadają bolesna ciosy, niszczą mnie z każdej strony. Jak dla mnie podstawową zaletą stabilizatora jest to, że spacyfikował lęki i fobie.