Rozważania pod wpływem wpisów na forum i, już wieloletniego, obserwowania współchorowaczy. Generalnie, na swoje potrzeby, mogę przyjąć wersję, że regularne branie leków = remisja. Nawrotka była związana z pogniewaniem się na leczenie. Ale wciąż trafiam na wpisy osób, które mimo leków, wpadają w kolejne epizody. I teraz pytanie: czy dlatego, że ich regularność jest tylko na potrzeby wirtualne, a tak naprawdę to biorą jak chcą i kiedy chcą? czy poprostu po jakimś czasie nawet najlepiej ustawione dropsy przestają czynić to co powinny z mózgiem człowieka posiadającego, jako dziedzictwo, CHAD z jego wszelkimi szykanami? Mam wrażenie, że częściej przez zamroczone psychotropami neuroprzekaźniki przebija się depresja, a nie mania, ale to raczej żadne pocieszenie. Chodzi przede wszystkim o to, że cokolwiek się przebija. Czyli tak naprawdę nie ma 100% ochrony. I nadal pozostaje wyłącznie wnikliwa obserwacja siebie, oraz obserwacja prowadzona przez osoby życzliwe i bliskie.
Sama wiem, że każdy nawrót coś mi odbiera, coś ważnego, nie tylko w życiu, ale też we mnie. W psychice. Odnoszę wrażenie, że sympatyczna i inteligentna osoba, którą jak sądzę byłam kiedyś, umiera po kawałku z każdym epizodem. I zostaje coraz głupsze i przyciężkie myślowo indywiduum. I dlatego chciałabym uniknąć jakiegokolwiek kolejnego epizodu. Da się? Ciągle żywię nadzieję, że się da. Choroba przyniosła mi błedne schematy poznawcze, nieprawidłowe mechanizmy obronne. Ale które są prawidłowe i prawdziwe? Kto to ocenia? Odpowiedź jest prosta: większość. Rzesze psychiatrów i psychologów latami wypracowywały definicje. A ja chcę tylko być normalna. Bez odnoszenia się do definicji. Ot tak, zwyczajnie być taka jak większość.
Remisjo trwaj!